Nareszcie!

Przebiśniegi w  Le Touquet. Fot. Regina Watycha

W Tatrach trzeci stopień zagrożenia lawinowego, w Zakopanem śnieg zamienia się w wodę i jedyna nadzieja w halnym, że zrobi z tym szybko porządek. Wiosnę mamy formalną, kalendarzowo-astronomiczną, na prawdziwą trzeba będzie  jeszcze na Podtatrzu trochę poczekać. Ale sobota w Dolinie Kościeliskiej z moimi przyjaciółmi, Kasią GreląFelkiem Forbertem Kaniewskim, mieszkańcami Żoliborza, najpiękniejszej chyba dzielnicy Warszawy (co na to Pan Jurek Słomczyński?), pozwoliła mi uzbroić się w cierpliwość. Słońce i błękitne niebo, od południa nieco chmurek i na horyzoncie bielejąca nieskazitelnymi śniegami Bystra z Błyszczem – wszystko tak, jak w marcu być powinno. Turystów niewielu, niezbyt też często trzeba było schodzić z drogi saniom, a w schronisku bez kolejki można było się posilić (polecamy „Ornak” – białą kiełbasę z grilla,  z zasmażaną kapustą i krojonymi w drobną kostkę ziemniakami!).

Do Wąwozu Kraków nie weszliśmy, na serio traktując ostrzeżenie przed lawinami.  Jak utrzymuje Kasia (a wie, co mówi), Wąwóz Kraków to niebywale energetyczne miejsce.  Dla wszystkich wymęczonych zimą taki zastrzyk energii przed nadejściem prawdziwej wiosny wart jest polecenia. Zwłaszcza że w Zakopanem zima przyszła w połowie października, a jeden z jej skutków wciąż mam przed oczyma. Wielka wierzba,  zasłaniająca nie za cudny dom sąsiadów, ale pozwalająca zerkać na Giewont, pod ciężarem śniegu oblepiającego liście, przewróciła się do góry korzeniami. Zapewne pamiętała jeszcze czasy Marii i Edmunda Strążyskich, pierwszych właścicieli Edmarowa, z tym większą więc determinacją trzeba będzie podjąć próby jej ocalenia. Wierzby są odporne na przeciwności losu, więc może wystarczy poprzycinać gałęzie i lżejsze dzięki temu drzewo ukorzenić ponownie?  (Czekam na dobre rady ogrodników w tej materii).

Ta zima miała jeszcze jeden dla mnie skutek – pokochałam wiosnę, choć na razie platonicznie.  W czasach wczesnej młodości ukochaną przeze mnie porą roku była jesień. Złoto-rdzawa,  z zapachem umierających liści, dekadencka i skłaniająca do refleksji nad przemijaniem, co w przypadku dwudziestolatki mogło być dość pretensjonalne. Po przeniesieniu się do Zakopanego jesień wciąż urzekała (kogo nie urzekła tatrzańska jesień!), jednak zima, jakiej nigdy nie zaznałam w Warszawie, sprawiała mi corocznie tyle radości! Aż do zimy 2009/2010. Za długa, za mroźna, za śnieżna. Wszystkiego było w nadmiarze.

Toteż teraz każdy objaw budzącego się życia wprawia mnie w zachwyt i budzi nadzieję. Z pełnym zrozumieniem patrzyłam na Kasię, troskliwie podnoszącą z drogi w Dolinie Kościeliskiej jakiegoś niemrawo poruszającego się robaczka, by ocalić go od zadeptania lub rozjechania. Nie udało nam się wypatrzeć ani kiełka czegoś zielonego, dlatego zamiast krokusów z Tatr są przebiśniegi kwitnące w Le Touquet, prześlicznym miasteczku położonym w departamencie Pas de Calais, na północy Francji. W tym roku, jak nigdy dotąd tęskniąc za wiosną,  często oglądałam zdjęcia, zrobione tam przez Reginę Watychę podczas naszego wyjazdu służbowego pod koniec lutego 2008. Nawiasem mówiąc, Le Touquet zasługuje na oddzielny wpis, z dołączoną galerią zdjęć Reginy. Obiecuję to Państwu, gdy tylko nabiorę wprawy w tworzeniu galerii. A na razie życzę wszystkim Przyjaciołom „Po mojemu” pięknej, pełnej słońca i radości wiosny. Niech wiosna nareszcie będzie nasza!

Jedna odpowiedź

  1. Jurek napisał(a):

    Pani Ewo,
    udzieliłem odpowiedzi dyplomatycznej na Pani pytanie jako komentarz pod Pani bardzo ciekawym artykulem „Rzeczniczka Podhala w Warszawie”
    http://ewamatuszewska.pl/blog/?p=515&cpage=1#comment-44

Dodaj odpowiedź