Powrót do czasu zaprzeszłego

Ursynów, wrzesień 1988 –  „kuchenne rozmowy istotne”

Dziś otrzymałam paczkę z ISKIER, a w niej kilka autorskich egzemplarzy III wydania „Na jednej linie”. Autorka: Wanda Rutkiewicz, współpraca autorska: Ewa Matuszewska. W Zakopanem zimno i mokro, brak słońca doprowadza ludzi do zachowań depresyjnych, druga tura wyborów nie napawa optymizmem, toteż przesyłka ta stała się tym radośniejszym, że nieoczekiwanym wydarzeniem. Pamietam, jak cieszyłyśmy się, gdy w końcu, po latach, ukazało się pierwsze wydanie naszej książki.Obiecywałyśmy sobie, że to dopiero początek współpracy przy dalszych książkach o górach, jednak mimo ambitnych planów „literackich”  wróciłyśmy do tego, co było treścią codziennego życia każdej z nas – Wanda do organizowania wypraw w Himalaje i wspinania się, ja do pracy w redakcji i coraz śmielszych prób pisania. I tak już zostało do końca…



(Wstęp do III wydania)

Pierwsze wydanie „Na jednej linie” ukazało się w roku 1986, choć do pisania przystąpiłyśmy z Wandą w kilka miesięcy po zdobyciu przez nią 16 października 1978 roku Mount Everestu. Tak długi był wówczas cykl wydawniczy, a i my nie potrafiłyśmy narzucić sobie rygoru, tak koniecznego przy pisaniu. Trochę tłumaczyły nas okoliczności – przeżyłyśmy stan wojenny, pierwszą wyprawę Wandy na K2, wyrzucenie mnie z redakcji za przynależność do NSZZ Solidarność i parę innych wydarzeń, mocno osadzonych w ówczesnych realiach politycznych i społecznych. Trzeba wspomnieć, że wspólne pisanie książki było dla nas obu całkowicie nowym doświadczeniem, mogącym zakończyć się całkowitą porażką pod każdym względem. Tak się nie stało. Narodziła się przyjaźń, dla mnie, mimo nieobecności Wandy, wciąż stanowiąca istotną wartość.

Wracam do początków tej przyjaźni, dzięki kolejnemu wydaniu „Na jednej linie”. Po wielu latach znów rozpoczęłam wędrówkę z Wandą od Gór Sokolich po Himalaje. Opowieść o górach i ludziach gór jest, mimo mojej pomocy, jej własną, pełną autentyzmu opowieścią. Czytelnik może poznać Wandę ze wszystkimi jej zaletami i wadami, czasem małostkową, czasem wielkoduszną, nie pamiętającą uraz, ale też potrafiącą ostro walczyć o swoje. W tej książce nie ma ani jednego słowa, którego by nie zaakceptowała (niekiedy po bardzo ostrych dyskusjach). Dlatego też jako głęboko niesprawiedliwe odebrałam zdanie w biogramie Wandy, zamieszczonym w Wielkiej Encyklopedii Tatrzańskiej Zofii i Witolda H. Paryskich. Brzmi ono następująco: „W jej autobiogr. książce Na jednej linie (Wa, 1986) narracja została miejscami wyraźnie wypaczona przez niewłaściwą ingerencję autorską innej osoby”. Widocznie znakomici znawcy Tatr nie znali na tyle dobrze Wandy, by przypuszczać, że ktokolwiek mógł ingerować w jej tekst w jakikolwiek sposób, a zwłaszcza niewłaściwie. Encyklopedia ukazała się w roku 1995, w trzy lata po zaginięciu Wandy, wtedy jakoś nie myślałam o sprostowaniu. Dziś, choć zabrakło głównych bohaterów, czuję wewnętrzną potrzebę wyjaśnienia tej krzywdzącej nas obie sugestii.

Stając na szczycie Mount Everestu, Wanda wyruszyła w swą „Karawanę do marzeń”, choć wtedy o tym jeszcze nie wiedziała, ani też nie myślała. Po Mount Evereście pozostało trzynaście ośmiotysięczników – to musiało pobudzać wyobraźnię. Korona Himalajów mogła stać się celem życiowym, zwłaszcza dla kogoś, kto całe swoje życie podporządkował górom. Od roku 1978 do 1991 Wanda zdobyła Mount Everest, Nangę Parbat, K2, Shisha Pangmę, Gasherbrum II, Gasherbrum I, Cho Oyu i Annapurnę. Zaginęła przy próbie zdobycia swego dziewiątego ośmiotysięcznika, trzeciego szczytu Ziemi, Kangczendżongi, z 12 na 13 maja 1992 roku. Ale jej śladem poszły inne alpinistki, przekonane że w gronie zdobywców wszystkich ośmiotysięczników mogą się znaleźć również kobiety, co przed Wandą nie było takie oczywiste.

To, co Wanda rozpoczęła, zdobywając Mount Everest, zakończyła Koreanka Oh Eun-sun, 27 kwietnia 2010 roku zdobywając Annapurnę, swój czternasty ośmiotysięcznik. Jednak styl, w jakim osiągnęła Koronę Himalajów, budzi wątpliwości i każe się zastanowić nad takim sposobem obcowania z górami. Po pierwsze, do dziś nie ma oficjalnego potwierdzenia zdobycia przez Koreankę Kangczendżongi w roku 2009. Po drugie, środowisko alpinistyczne ma też zastrzeżenia co do wsparcia udzielanego jej przez profesjonalne ekipy. Towarzyszyli jej liczni Szerpowie, helikoptery, stacje telewizyjne, słowem prawdziwy, komercjalny himalajski show. Dla sponsorów jej wypraw zapewne cel uświęcał środki, wszystko inne było bez znaczenia.

Dla Wandy droga do Korony Himalajów była „Karawaną do marzeń”. Czym stała się dla Oh Eun-sun? Sprawnie funkcjonującą firmą reklamową? Znakomicie przygotowaną i przeprowadzoną akcją, w której ona miała się t y l k o wspinać? Nie potrafię odpowiedzieć na te pytania. Właściwie nie chcę na nie odpowiadać. Moje myślenie o alpinizmie ukształtowało się w zamierzchłej epoce, kiedy to ludzie szli w góry z wewnętrznej potrzeby, nie zastanawiając się nad tym, w jakiej kampanii reklamowej będą mogli „sprzedać” wspinaczkowe sukcesy. Dlatego też wracam do czasu zaprzeszłego ze smutkiem – że już minął, ale i z wdzięcznością – że był mi dany.

Zakopane, 13 maja 2010

5 komentarzy

  1. Jurek napisał(a):

    Pani Ewo,
    Gratuluję trzeciego wydania książki.
    Krytycznymi uwagami o których Pani pisze nie należy się przejmować. Nic by się nie napisalo biegając z każdym wywiadem do notariusza , potwierdzając każde slowo. I tak by to nic nie dalo, bo każdy może zmienić poglądy ktore glosil. Zresztą te uwagi są tak ogólne, że nie wiadomo o co chodzi.

    Komentowalem wyprawę na Annapurnę, na Forum Krystyny Jandy. I nie to bylo najważniejsze, że Kinga Baranowska zaliczyla siodmy ośmiotysięcznik, ani nie to że Koreanka Miss Oh i Piotr Pustelnik zdobyli tam upragnioną Koronę Himalajów (i Karakorum).

    Najważniejsze w odpowiedziach na Forum byla śmierć Tolo Calafata i pytania o niego byly również zadawane na Okęciu gdy witaliśmy Kingę i Piotra oraz Slowaka Petera w Warszawie.

    Trzy wyprawy Koreańska, Polsko – Słowacko-Rumuńsko- Rosyjska,
    Hiszpańska w tym samym czasie zdobyly Annapurnę.
    Fatalna jest opinia o tej Górze, która na 100 wejść zakończonych sukcesem ma 60 zabitych. Jak komentowal portal amerykański świadomość tak wielkiej śmiertelności spowodowala, że zejście z góry przypominalo chaotyczną akcję „byle prędzej uchronić życie pędząc w dól z tego przeklętego miejsca”.

    W tym chaosie przy zejściu ze szczytu wyprawa hiszpańska rozłączyla się i utknął Tolo Calafat z objawami obrzęku mózgu.
    Leżał przez dwa dni na wysokości 7600 m na śniegu bez namiotu i bez plecaka ktory zgubil.
    Nadał slynny już komunikat „Ze względu na moje dzieci, przyjdźcie tu i zabierzcie mnie stąd”
    Przylot helikoptera ratunkowego byl niemożliwy ze względu na zlą pogodę.

    Jedyną realną pomoc mogla dać wyprawa Koreańska odległa od Calafata o 6 godzin drogi pod Górę.

    Ale Kinga mówila na Okęciu, że Szerpowie ktorym Miss Oh polecila udzielić pomocy byli zbyt wyczerpani aby iść na pomoc Tolo Calafatowi.

    Kinga uważa za najtragiczniejszą noc jej pobyt w obozie ze świadomością, że Tolo Calafat umiera .

    Tolo Calafat doświadczony wspinacz pochodzący z Wyspy Majorka – ojczyzny slynnych wspinaczy i podróżnikow umarł pozostawiająć żonę Melissę i dwoch synów w wieku półtora roku i ośmiu lat.

  2. Ryszarda napisał(a):

    Gratuluje Pani Ewo. To wielka rzecz! Niedawno napisalam i „tego sie trzymac”.
    Poslalam Pani troche zdjec; m.inn. Z Dolomitow. Zycze wszystkiego dobrego.
    Ryszarda

  3. Alicja napisał(a):

    Dzisiaj kupiłam ostatnie wydanie książki „Na jednej linie” mimo , że jestem posiadaczką I wyd. z 1986 r. Bardzo się z tego faktu cieszę, choć do pełni radości brakuje mi Pani autografu. Cieszę się, że dzięki Pani książce ja również mogę rozpocząć po raz kolejny wędrówkę z Wandą Rutkiewicz od Gór Sokolich po Himalaje.
    Jakie to ma znaczenie, co inni piszą o wypaczeniu narracji w tej książce, przecież Pani zna prawdę i nikt inny. To tak jak z wejściem Wandy Rutkiewicz na szczyt Annapurny, znamy historię…Proszę się nie przejmować, nam – czytelnikom podarowała Pani piękny skarb przybliżając na kartkach papieru wspaniałą postać.
    „Kuchenne rozmowy istotne” – dialog wspaniałych Pań, który będzie dla nas tajemnicą…
    Serdecznie pozdrawiam.
    Alicja

  4. ewa napisał(a):

    Pani Alicjo, dziękuję za słowa serdeczne i za pamięć o Wandzie. Gdy Jej zabrakło, powtarzałam sobie, że tyle naszego życia, ile pamięci po nas zostanie. Po Wandzie pamięć wciąż trwa, a ja mam w tym trochę zasługi. Wdzięczna też jestem prezesowi ISKIER, Wiesławowi Uchańskiemu, że zdecydował się na III wydanie „Na jednej linie”. Jeśli kiedykolwiek będzie Pani w Zakopanem, proszę się odezwać – z największą przyjemnością podpiszę Pani książkę. A więc do zobaczenia – EM

  5. Alicja napisał(a):

    Wanda Rutkiewicz to magiczna postać, której się nie zapomina mimo, że dała się poznać tylko poprzez szklany ekran i książki.
    Pani Ewo, bardzo dziękuję za zachętę odwiedzenia Zakopanego i niespodziankę w formie autografu.
    Ślę pozdrowienia.
    Alicja

Dodaj odpowiedź