Emigruję do Oksytanii!

Sergio Berardo, lider zespołu Lou Dalfin z flagą Oksytanii.

Długa przerwa w pisaniu, ale o czym tu pisać? Przeżyłam już kiedyś emigrację wewnętrzną (nie starczyło odwagi i determinacji, by wybrać zewnętrzną, a może najzwyczajniej trudno było mi się rozstać z Polską). Teraz wysłuchując doniesień spod pałacu prezydenckiego, oglądając „obrońców krzyża” czy czytając rozważania publicystów z lewa i prawa (bo o centrum nie ma już mowy), zastanawiam się, czy nie popełniłam błędu. Za późno, by go naprawić, więc trzeba znaleźć sobie jakiś zakątek świata, do którego można uciekać choćby tylko w wyobraźni i marzeniach.

I znalazłam Oksytanię. Trzynaście dolin we włoskim Piemoncie, Prowansja i Langwedocja we Francji, malutki kawałeczek Hiszpanii. Własny hymn, język, kultura, mocno akcentowana tożsamość narodowa. I porywająca muzyka Lou Dalfin. Jakiś czas temu przypomniałam sobie wczesne literackie fascynacje prozą francuskiego pisarza Jose Cabanisa – „Bitwa o Tuluzę”, „Igranie z nocą” i „Karty czasu”  leżą na stole, czekając na sposobną porę. Znów zagłębię się we współczesną  historię miłości narratora, ale też w średniowieczną historię albigensów i katarów. Jakże fascynująco brzmi teza, że gdyby nie zagłada katarów, uznanych przez kościół katolicki za heretyków, to  może renesans narodziłby się w Prowansji. Religijny ruch reformatorski, negujący feudalną strukturę społeczną, domagający się od hierarchów kościoła katolickiego czystości, ubóstwa i przestrzegania Dekalogu, nie miał szans. Paleni na stosach, mordowani bez miłosierdzia, katarowie do końca trwali w swych przekonaniach. Historia katarów to część historii Oksytanii.  Więc zamiast ekscytować się żałosną wojną pałacowo-krzyżową, postępującym szaleństwem Prezesa i jego popleczników, wyruszam do Oksytanii – na razie literacko i internetowo. A że najbliższe sercu są Włochy, zacznę od Piemontu. Ciekawa jestem, dokąd dotrę, co zobaczę i czego się nauczę.

3 komentarze

  1. Ryszarda L.Pelc napisał(a):

    Czy wie Pani, ze istnieje reprezentacja Oksytanii w piłce nożnej ?
    Zrzesza ona mówiących językiem okcytańskim mieszkańców Francji, Włoch i Hiszpanii, w szczególności zamieszkujących francuski region Prowansję. Związek Piłkarski Oksytanii miał jakoby zostać powołany do życia już w 1901 roku. Wiadomo na pewno, że zespół rozegrał dwa mecze w 1921 (jako reprezentacja Prowansji) i cztery w ciągu ostatnich dwóch lat. Wygrał do tej pory jedno spotkanie, z Czeczenią, za to aż 14:0.

    Drużyna brała udział w VIVA World Cup 2006, gdzie zajęła 3. miejsce i rozegrała dwa mecze, oba przegrywając – z Laponią (0–7) oraz z Monako (2–3).
    Wiadomosc wyszperalam w Internecie. Pani zycze udanej podrozy w czasie i przestrzeni .

  2. Jurek napisał(a):

    Są takie miejsca, gdzie można zapomnieć, że świat domaga się od czlowieka „paragonów, paragrafow i wywieszek”.
    Takie miejsce nie może być zbyt blisko, żeby nie spowszedniało , za daleko też nie może być, żeby nie bylo zbyt nieosiagalne.

    Bo kontakt z tym miejscem trzeba podtrzymywać co parę miesięcy.

    Tak myślę 130 km to jest w sam raz .
    No więc Kazimierz nad Wisłą, to dziwne trafilem tam pół slużbowo i w polowie żeby mieć święty spokoj . A mialem lat 40 plus.

    I żałuję, że tak późno odkrylem to urocze miejsce.

    Przede mną odkryli to miejsce profesorowie Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych jako wymarzone na plenery dla studentow.

    Dzisiaj tam bylem – to już polowa września prawie.

    „Poza sezonem” – czas dość senny , jeśli porownać z liopcem, sierpniem.

    Nie ma tego zgielku , imprez towarzyszących, quadow, samochodow terenowych oczekujących na wycieczkowiczów.

    Ale jak tam jest przyjemnie.Dobry nastroj buduje obcowanie z obrazkami w rożnych technikach i o treści latwej i przyjemnej jak widoczki, ładne buzie, szczęśiwi ludzie. A kramy z pamiątkami są też , nie tak liczne jak w sezonie, ale przyjemnie jest je obejrzeć.

    Pomnik psa bezdomnego – dość kontrowersyjny ze względu na postać jak to pomniki – już wrosl w perspektywę Rynku. Studnia stoi na środku, fotkę każdy nowo przybyly tam sobie robi.

    Wisla niedawno miala wysoki poziom, ale już plywają gondole stylizowane na starodawne żaglowce,

    Motocykliści mieli zlot, stalo ze 100 motorow na rynku.

    Bardzo sympatyczne miejsce niezbyt bliskie i niezbyt odlegle , w sam raz.

    Kogut z ciasta z Kazimierza, to jest coś na co przyjemnie jest popatrzeć . Jak się zeschnie i popęka to po nowy trzeba będzie pojechać.

  3. Jurek napisał(a):

    Zmiana lokomotywy na dwa parowozy w Chabówce w pociągu relacji Warszawa Zakopane byla dla mnie kilkuletniego dziecka czymś oszalamiającym, początkiem niezwyklej przygody.

    Puff, puff, puff, dym i zaskakująca zmiana kierunku , niezrozumialy powrot w kierunku Warszawy.

    Dla dziecka wychowanego na Mazowszu, górki po drodze byly czymś niezwyklym i urokliwym bardzo. Tu nie było płasko
    Ale Tatry , to nie byly górki to bylo coś olbrzymiego , cudownego nad wyraz.

    Trzeba je było obejrzeć ze wszystkich wagonów i bieganiem rozladować nadmiar energii przenikajacej zza okien pociągu z tej niezwyklej krainy.

    Kręto tu bardzo i pod górę.
    Bez przekręcania glowy można bylo pomachać uradowanemu tak jak ja rodzeństwu z okna dwa wagony dalej.

    Coż nie potrafilem czytać, ale rodzice wiedzieli, że żadne napisy „Nie wychylać się” nic nie znaczą dla nas. Po prostu trzymali nas gdy pociąg wjeżdzal w miejsca zniewalające swym pięknem i kuszące przygodą.

Dodaj odpowiedź