Utajone życie równoległe

Wnętrze z mego snu kolorytem przypominało warszawską  „Zadrę”

Odkąd pamiętam, sny, własne i cudze, fascynowały mnie, prowokowały do zastanawiania się, czy i w jaki sposób wpływają na życie na jawie. I na odwrót – na ile rzeczywistość ma wpływ na to, co nam się śni. Swoje sny w dzieciństwie opowiadałam Babci Michalinie, a ona zawsze starała się  je wytłumaczyć. I tak gdy śniłam o wodzie, ważne było, czy o brudnej, czy o czystej. Brudna, stojąca  zapowiadała choroby, kłopoty i przykrości, czysta, a do tego płynąca, z piaszczystym dnem – podróże w dalekie kraje. Małe dziecko też nie było zwiastunem dobrych nowin, a wypadające zęby – śmierć lub ciężka choroba gwarantowane! Dość wcześnie, jako nastolatka,  zapoznałam się z Freuda teorią snów, zawartą w dziele „O marzeniach sennych”. Jednak freudowska interpretacja marzeń sennych, opierająca się na psychoanalizie, zdecydowanie różniła się od tłumaczeń Babci Michaliny!

Lubię śnić, nawet jeśli dopadają mnie we śnie  koszmary. Z jakąż ulgą budzę się wówczas i najtrudniejszy nawet dzień łatwiej przeżyć, mając w pamięci, co mogło mi się przydarzyć. A jeśli sny są kolorowe, radosne, opowiadają o miłych wydarzeniach, za nic nie chcę się obudzić. W najtrudniejszych momentach życia uciekałam w sen, sny przynosiły ukojenie, czasem podsuwały rozwiązanie problemu. Bywało i tak, że pomysł na tytuł tekstu lub książki rodził się podczas snu. Próbowałam niekiedy zapisywać fabuły swoich snów, traktując je jako ewentualne materiały do tekstów pisanych na jawie. Jednak to pisanie aż do bólu jest racjonalne i pragmatyczne, toteż zapis snów – niejednoznacznych, chaotycznych niekiedy – nie dawał się wykorzystać. Choć zdarzyła się kiedyś, po zaginięciu Wandy Rutkiewicz w Himalajach w roku 1992, zadziwiająca i do dziś nie dająca się wytłumaczyć mieszanka snu i jawy.  Nie wracam tu do niej, moi Czytelnicy znają tę opowieść z „Uciec jak najwyżej”.

Tym razem sen z ubiegłego tygodnia był jednak tak niezwykły, że postanowiłam nie tylko go zapisać, ale i opublikować na blogu. Zaczynam tradycyjnie…

Śniło mi się, że burmistrz Zakopanego Janusz Majcher, wiceprzewodniczący Rady Miasta Jacek Raźny i rzecznik prasowy Urzędu Miasta, czyli ja, zostaliśmy zaproszeni na otwarcie nowej kawiarni. W Zakopanem nie ma kawiarni z prawdziwego zdarzenia (na jawie również), więc tym chętniej skorzystaliśmy z zaproszenia. Stanęliśmy przed jakimś domem, burmistrz otworzył drzwi.  Z wnętrza, czerwono-złotego, aksamitnego, pluszowego, oświetlonego secesyjnymi lampami, buchnęła chmura dymu papierosowego. Mnie odrzuciła do tyłu, panowie bohatersko podjęli się przedrzeć przez nią i znaleźć bardziej przyjazne dla nas miejsce. Cała trójka głośno wyrażała oburzenie z powodu tak nieeuropejskiego  klimatu  nowej kawiarni (żadne z nas nie paliło,  na jawie również). W amfiladzie kawiarnianych sal, na samym końcu, zamajaczyło duże, niemal puste pomieszczenie, biało-seledynowe, jasno oświetlone. To mogło być coś dla nas.

Panowie ruszyli,  ja pozostałam przed wejściem, czekając na efekt ich ekspedycji. Czekałam dość długo, w końcu zniecierpliwiona ruszyłam za nimi. Mijałam kolejne sale, krztusząc się dymem, nie mogąc od nikogo dowiedzieć się, co stało się z moimi towarzyszami. Dotarłam do ostatniej sali, tej biało-seledynowej i … nie zastałam nikogo! Nie bardzo wiedząc, co robić, przysiadłam na obitym biało-seledynowym pluszem foteliku, przewieszając przez oparcie torbę. Po chwili podeszła kelnerka, pytając co podać. Chcąc zyskać na czasie, poprosiłam o espresso, pytając jednocześnie, gdzie są panowie z Urzędu Miasta. Zrobiła zdumioną minę i odeszła bez słowa.

Kawy nie dostałam, nie dowiedziałam się, co tu się właściwie dzieje, bo nie przypominało to uroczystego otwarcia, a ja nie zostałam potraktowana  jak zaproszony gość. Miałam żal do kolegów, że narazili mnie na tak dziwaczną i przykrą sytuację. Powędrowałam do wyjścia, nie zastanawiając się już, co im się przytrafiło. W połowie drogi zorientowałam się, że zapomniałam o torbie.  Wróciłam, oparcie fotelika było puste.  I znów nikt nic nie widział, nikt nic nie wiedział. Obok żalu po utracie ulubionej, włoskiej torby, pojawiło się uczucie bezradności i zagrożenia – co z dowodem osobistym, co z kartami do bankomatów? Nawet nie mogłam ich zastrzec, bo obydwa telefony, służbowy i prywatny,  zostały w torbie…

I z tym dojmującym, jakże przykrym uczuciem utraty i wściekłości obudziłam się. Na szczęście…

PS. Jacek Raźny, radny PO, z którym się przyjaźniłam, zmarł 28 sierpnia 2009 roku. Czy chciał mi coś przekazać w kilka dni po rocznicy swej śmierci? Ale co?

3 komentarze

  1. Jurek napisał(a):

    Andrzej Wat
    [fragment zachowany na papierowej serwetce w pamięci]
    W małej knajpce zakopiańskiej,
    Otumanieni od wrażeń,
    Siedzieliśmy wtłoczeni w ciemną plamę ściany.
    Z oddali jazz przygrywał: „Czy wrócisz…?”
    Kelner…
    Wpół pijany, snół sie z magicznym na twarzy wyrazem,
    Z głową jak balon pełną marzeń, gwiazd i tajemnic…
    Nam…
    Pod alkoholowym zdawało się gazem,
    Że z obłoków wypłynął na firmament Księżyc,
    Stary dobry przyjaciel, w wędrówce odwiecznej,
    Jest on cały odbiciem światłości słonecznej,
    Jak Wenus, wód koralowych blaskami skąpany…

    _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

    Pani Ewo,
    aż z Kanady otrzymalem ten wiersz wraz ze wspomnieniem z lat 1950 tych – wydarzeń kawiarnianych w Zakopanem, gdzie młodzież warszawska balowała.

    Czyżby nie bylo już takich miejsc w Zakopanem ?

  2. ewa napisał(a):

    Prawie ich już nie ma, Panie Jurku. Te, które pozostały, niech pozostaną utajone. Jeśli zaczną być modne wśród „warszawki”, stracą klimat i charakter. A jakie wyobrażenia o Zakopanem ma „warszawka”, można obejrzeć sobie (byle nie za dużo odcinków, bo grozi to chronicznymi napadami śmiechu!) w serialu „Szpilki na Giewoncie”. Pozdrawiam – EWA

  3. Elżbieta Oyrzanowska napisał(a):

    Droga Ewo, mnie się ciągle coś śni. Podobnie jak Ty są sny z których nie chcę się obudzić, b o są intrygujące, interesujące i nie chcę wracać do życia na jawie. Są i takie, które mnie przerażają i mimo że chcę je przerwać one trwają. Ostatnio śnił mi się człowiek z wypadku, któremu odcięło głowę. Byłam w ekipie ratunkowej, która na telefon szukała dawcy. Prawda, że makabryczne a jednak nie mogłam przerwać tego snu. Najbardziej żałuję, że tak szybko znika o nich pamięć. Ja ciągle śnię o Stanisławie Różewiczu, reżyserze filmowym, z którym współpracowałam przy swoim pierwszym i ostatnim filmie. Co z tego wynika – właśnie to utajone życie równoległe o którym piszesz. Zamykam oczy i pragnę śnić o śnie. A może to znaczy, że żyjemy dłużej niż żyjemy. Kto wie? Pozdrawiam Grzanka

Dodaj odpowiedź