Ogrodowa Coco Chanel

Coco wciąż najbezpieczniej czuje się w zaroślach. Fot. Wojciech Skarbek Woyczyński

Pojawiła się w ogrodzie jeszcze zimą. Cała czarna, złotooka, dzika i wychudzona. Mimo to jej uroda i elegancja w każdym ruchu nie pozostawiały wątpliwości, więc została nazwana na cześć kobiety, dzięki której moda stała się sztuką. Kilka lat temu na strychu, w piwnicy i w ogrodzie mieszkało stado kocie liczące około trzynastu sztuk w różnym wieku. Choć koty są bytami indywidualnymi, te stanowiły społeczność. Dokarmialiśmy je skrzydełkami kurzymi na surowo, wątróbką, czasem nieco gorszą wołowiną czy suchą karmą. Póki były małe, dostawały też mleko. Co rano pod oknem łazienki stawiały się w komplecie i punktualnie.

Każdy miał imię, na przykład Hiszpan z białą kryzą, Węglarz ciągle umorusany jakby przerzucał węgiel, Biezuchow bez kawałka ucha i Maska. Naszymi ulubienicami były dwie kotki – La Pantera i Zombi. La Pantera mogłaby być matką Coco, równie piękna, ale nie tak dzika. Udało się ją nieco oswoić, pomieszkiwała na pokojach, przesiadywała na kolanach mrucząc słodko. Nie została jednak kotem domowym. Zaszczycała nas swymi wizytami o różnych porach dnia i nocy, nie zawsze zjadała przysmaki podsuwane jej z nadzieją, że tym razem zostanie.

Potem przyszło kilka najsmutniejszych dni. Zaczęła kasłać, była coraz słabsza. Przestała jeść, od polędwicy wołowej odwracała się z obrzydzeniem. Nie pomogły antybiotyki, weterynarz robił co mógł, mieliśmy nadzieję, że kroplówki przywrócą jej siły. Którejś upalnej nocy nie zamknęłam okna. Rano La Pantery nie było. Przeszukałam ogród i okolice, pytałam sąsiadów. Bezskutecznie. Wieczorami nawoływałam ją, łudząc się, że wybiegnie jak zwykle zza krzaków z radosnym pomrukiwaniem. Po dwóch tygodniach oczekiwania zrozumiałam, że odeszła na zawsze. Pozostałe koty miały się dobrze, choć Zombi, szarobura, z oczami wielkimi jak spodki i uszami nietoperza, zaczęła niepokojąco pokasływać.

Jej nie mogliśmy pomóc, nawet bardzo chora, nie dała się złapać. Już nie miała siły wskakiwać na deski ułożone pod oknem jadalni, skąd z ciekawością przyglądała się nam, pałaszując kolejne skrzydełko. Podrzucaliśmy na te deski antybiotyki zawinięte w mięso, albo rozpuszczaliśmy je w mleku. Nie było jednak widać efektów leczenia na odległość. Weterynarz stwierdził, że to prawdopodobnie tyfus koci. Domowego kota można profilaktycznie zaszczepić, dzikusek albo sobie poradzi z chorobą, albo nie. Zombi nie poradziła sobie. Pochowaliśmy ją w ogrodzie, między dzikimi różami. Reszta stada dotrwała do następnego roku. I nagle, jakby halny je wywiał, zniknęły w środku lata. To samo stało się z dzikimi kotami mieszkającymi w pobliskim osiedlu. Koty zniknęły,  pojawiły się kuny. Te małe drapieżniki mogły w walce o terytorium wymordować koty. Ale nawet jeśli tak się stało, dlaczego nie znaleźliśmy żadnych śladów – ani walki, ani kocich szczątków? Więc pocieszaliśmy się, że nasze  koty wyniosły się tam, gdzie nie zagrażała im horda kun.

I tak wracam do Coco. Gdy zobaczyłam  ją na śniegu, pognałam do lodówki po skrzydełko (zawsze mam zapas, bo psy dostają gotowaną mieszankę skrzydełek, wołowiny i jarzyn). Otworzyłam okno łazienkowe, ale spłoszyłam ją. Rzuciłam skrzydełko na betonowy dekiel po starym szambie i cierpliwie czekałam. Po chwili, oglądając się na wszystkie strony, chwyciła kąsek i uciekła. Z dnia na dzień powoli przyzwyczajała się, że w tym miejscu można się najeść.  Futro stawało się coraz bardziej błyszczące, zapadnięte boki wypełniły i nie rzucała się już do panicznej ucieczki, słysząc dźwięk otwieranego okna. Dostała imię, na które reagowała, miaucząc i przeciągając się. I tyle było konfidencji. Podejść do siebie zbyt blisko nie pozwalała, z ręki nie chciała wziąć nawet kawałka surowego mięsa, choć miała ogromna ochotę. Należało uszanować jej obyczaje i cieszyć się, że znów mamy blisko kota. Całkowite jej udomowienie  byłoby przedsięwzięciem niezwykle skomplikowanym. Należałoby przekonać psy, że kot to też stworzenie boskie i może z nami  mieszkać. Ale Coco nie zamierzała wchodzić w bliższe kontakty z psami. Miała do dyspozycji ogród, piwnicę, strych i nawet psią budę, w której psy nie spędziły nawet minuty.

Przyszła wiosna i Coco nabrała jeszcze bardziej zaokrąglonych kształtów. Nie było wątpliwości – będą małe kocięta. Objawił się również tatuś, imponujący czarno-biały kocur, od razu nazwany Don Carlos. Mijały  tygodnie, a małych wciąż nie było na świecie. Pod koniec maja Coco przez  kilka dni nie pokazywała się. Gdy wreszcie zameldowała się pod łazienką, była chudziutka i zabiedzona. A więc rodzina kocia powiększyła się!  Psy dostały szlaban na swobodne bieganie po ogrodzie,  idąc z nimi na spacer, smycz przypinaliśmy  w domu. Te środki ostrożności w pewnym momencie wydały się bezsensowne. Jeśli kocięta były u nas, to dlaczego ani razu nie słyszeliśmy pisku czy miauczenia? Może okociła się gdzie indziej, a do nas przychodzi jak do stołówki?

Znów minęło kilka tygodni. Przed pójściem do pracy jak co dzień  otworzyłam okno w łazience,  by rzucić pokaźna porcje rosołową, nawet nie bardzo patrząc, gdzie ją ciskam. Zerknęłam jednak i … na betonowym deklu obok Coco siedziały trzy czarne kulki. Na mój widok umknęły między liście smotrawy, ale przywołane gardłowym miauknięciem matki posłusznie wróciły i zajęły się resztkami kurczaka. Mamy więc dwa dorosłe koty i trzy maluchy na stanie! Następny ranek przyniósł  niespodziankę. Coco tym razem wyprowadziła dwójkę – jedno szare, drugie szaro-białe. Na tym się skończyło. Do przedwczoraj. Wcześniej piątka pociech rosła, Coco coraz mniej się nimi zajmowała, za to podejrzanie przytyła. Przedwczoraj  podejrzenia zamieniły się w pewność. Coco znów jest szczuplutka, a spod domu dało się słyszeć cichutkie popiskiwanie. Ciekawe, ile tym razem pojawi się maleństw? Być może znów będziemy mieli pokaźne stadko do wykarmienia. Mam nadzieję, że do zimy kocięta będą już na tyle samodzielne, by  przetrwać najtrudniejszą porę roku. Co będzie dalej, zobaczymy. Na razie cieszymy się nimi i intensywnie dokarmiamy Coco.

Dodaj odpowiedź