Chwila ciszy przed burzą

Październik  w Dolinie Małej Łąki. Fot. Regina Watycha

Tak się składa, że odkąd mieszkam w Zakopanem, rzadko chodzę w Tatry. To chyba przypadłość większości zakopiańczyków – codziennie patrzymy na Giewont z absolutną pewnością, że on był, jest i będzie. I że  poczeka na nas. Mijają dni, pory roku, a Giewont wciąż czeka. Lubię, kiedy przyjeżdżają  przyjaciele z Warszawy, bo wówczas ruszam z nimi w góry, nie przyznając się, że im to zawdzięczam. Tej jesieni muszę przełamać się i wykorzystywać każdą wolną chwilę na wędrowanie  po Tatrach, o tej porze roku najpiękniejszych. Niewielu turystów spotyka się teraz na szlakach, są to najczęściej ludzie dobrze wyekwipowani, świadomi uroków, ale też zagrożeń, jakie niesie ze sobą późna jesień tatrzańska. Zawsze mówią „dzień dobry” spotkanym na szlaku i nie reagują nieopisanym zdumieniem, gdy się  ich pozdrowi. Dla mnie październikowe i listopadowe weekendy (do 21 listopada) będą jedyną okazją do odreagowania stresujących dni powszednich kampanii wyborczej.

Tym razem nie uczestniczę czynnie, jak cztery lata wcześniej,  w kampanii wyborczej Twojego Zakopanego i burmistrza Janusza Majchra. Rzecznik prasowy urzędu miasta nie może angażować się w popieranie jakiegokolwiek ugrupowania, zwłaszcza tego, z którego się wywodzi. Trudna to i nowa dla mnie sytuacja, nie lubię stać z boku w roli biernego obserwatora. Nie mam jednak wyboru, nie chcę, by opozycja zarzucała mi wykorzystywanie stanowiska do prowadzenia kampanii wyborczej na rzecz obecnego burmistrza.  Pewnie mimo wszystko nie uniknę tego zarzutu, zwłaszcza że zdecydowałam się kandydować do rady powiatu tatrzańskiego. Sądząc po ostatniej sesji rady miasta  i debacie między burmistrzem a jego kontrkandydatem z Klubu im. Władysława hr. Zamoyskiego, popieranym przez PIS, kampania 2010 w może mieć znacznie brutalniejszy przebieg niż ta z roku 2006.

A tak na marginesie – podczas debaty, zorganizowanej przez Radio Kraków, kandydat opozycji,  zapytany przez Bartłomieja Kurasia, dziennikarza  Gazety Wyborczej, czy jego kandydaturę na burmistrza Zakopanego popiera PIS, na wszelkie sposoby migał się od jednoznacznej odpowiedzi, która i tak jest tajemnicą poliszynela w Zakopanem. Ktoś z tylnych rzędów scenicznym szeptem rzucił retoryczne pytanie – jak można wstydzić się poparcia PIS-u, a nie wstydzić się przynależności do PZPR-u?  Na tę prowokację również nie było reakcji.

Cóż, zapowiadają się trudne, ale i ciekawe dni. Nie liczę zbytnio na sukces w wyborach do rady powiatu, mam jednak nadzieję, że wzbogaci się moje dziennikarskie doświadczenie. Na razie z nadzieją oglądam prognozy meteorologiczne. Po sobotniej lekcji włoskiego, posadzeniu ostatnich cebulek tulipanów i prasówce z całego tygodnia, w niedzielę wczesnym rankiem wyruszam do Doliny Małej Łąki. Tym razem nie odpuszczę, chyba że zacznie „prać żabami”.

7 komentarzy

  1. Jurek napisał(a):

    Piękne kolorowe liście na drzewach, wolne miejsca w schroniskach, zachęcające ceny czyli „Poza sezonem”.

    Dosyć wolno rozkręcający się rok akademicki, sprzyja organizacji rajdów jesiennych w początkach października.

    Wspomniałbym o „Połoninach” organizowanych przez Studenckie Kolo Przewodników Beskidzkich i Akademicki Klub Unikat przy Uniwersytecie Warszawskim.

    Najbardziej zapaleni turyści wyruszali z namiotami na trasy wielodniowe z dlugimi odcinkami do przejścia co dzień okolo 20 km.

    Ale można bylo wybrać trasy dwu dniowe, z noclegami w szkolach .

    Jeżeli zaczynalo się trasę w Zagórzu to przez pewien odcinek jechalo się pociągiem przez ZSRR. Granica byla tak kręta, że najkrotsza droga torami prowadzila poprzez ten skrót w ZSRR.

    Piękne trasy w Bieszczadach byly najbardziej popularne.

    Na Haliczu, Tarnicy najwyższych szczytach bieszczadzkich wiało bardzo.

    Poloniny Wetlińska i Caryńska byly ważnymi punktami na trasach rajdu. Na Połoninie Caryńskiej byl osiolek w schronisku, on byl zaopatrzeniowcem i na grzbiecie wnosil towary ze sklepu.

    Wielką atrakcją byla wąskotorowa kolejka bieszczadzka, z przystankiem końcowym w Wetlinie. Służyla do transportu drewna , ale miala też wagonik osobowy.

    Powstalo wiele piosenek turystycznych śpiewanych przez studentow.

    Studenci warszawscy organizowali w lecie bazy namiotowe w Bieszczadach odlegle od siebie o kilkanaście km, tak żeby można bylo w jeden dzień przejść do następnej bazy.

    W Bieszczadach dużo chodzilem w okresie studiów w latach 1970 tych.

  2. Jurek napisał(a):

    Pani Ewo,
    Jeżeli będzie szla Pani przez Łysą Polanę proszę wspomnieć zmarlą w czerwcu 2010 r prof. dr. hab. Danutę Małecką z Instytutu Hydrologii i Geologii Inżynierskiej Wydziału Geologii Uniwersytetu Warszawskiego.
    Przez ponad 20 lat dziesiątki magistrantow, doktorantów i pracowników Wydzialu Geologii korzystalo z dobrodziejstwa laboratorium i bazy terenowej na Łysej Polanie, zorganizowanej przez Panią Profesor w sercu Tatr.
    Mimo, że budynek stacji już nie istnieje miejsce po nim będzie się wychowankom Pani Profesor zawsze kojarzyć z jej osobą.
    Praca doktorska Pani Danuty Maleckiej miala tytuł ” Hydrogeologia zlewni Leśnicy na tle warunków geologicznych międzyrzecza Białego Dunajca i Białki”.
    Stopień doktora habilitowanego nauk przyrodniczych w zakresie hydrologii Pani Danuta Malecka otrzymala za dwa opracowania monograficzne ” Rejonizacja hydrogeologiczna Karpat fliszowych” i „Hydrogeologia Podhala”.
    Wspomnienie o Pani Profesor jest na str. 46 Pisma Uczelni – Uniwersytet Warszawski z października 2010 r.

    http://www.uw.edu.pl/strony/pismo/pismo_1005.pdf

  3. Elżbieta Oyrzanowska napisał(a):

    Oj, Ewuniu, idź w te piękne Tatry i zabierz mnie ze sobą. Zazdroszczę. Mieszczuch warszawski Grzanka

  4. Ewa napisał(a):

    Dobry wieczór, będę pamiętała o Pani Profesor w drodze do Doliny Białej Wody (a tym samym przechodząc przez Łysą Polanę). W Morskim Oku nie byłam wiele lat, nie mogę patrzeć na tłumy „turystów”, najbardziej jednak ranią mi serce konie. Tyle osób i organizacji angażowało się w ich obronę, nie przyniosło to właściwie żadnych efektów. Pamięta Pan Jordka, który padł na oczach ludzi? Nie rozumiem, jak po takim wstrząsającym wydarzeniu można wsiadać do przepełnionego fasiągu i cieszyć się przejażdżką. Mam nadzieję, że jeszcze za mojego życia konie znikną z drogi do Morskiego Oka i zastąpią je, jak w całym cywilizowanym górskim świecie pojazdy typu melex czy coś w tym rodzaju. Konie paradnie zaprzężone do fiakrów albo sań niech nadal będą atrakcją Zakopanego, Bukowiny Tatrzańskiej i innych miejscowości turystycznych na Podhalu, niech górale zarabiają w ten sposób dutki, ale po ludzku traktując swoich żywicieli.

  5. Jurek napisał(a):

    Czytając życiorys Pani Profesor Danuty Małeckiej, można się dowiedzieć o tym, że zawsze trzeba mieć nadzieję i nigdy nie można zrezygnować ze swych ambitnych planów.
    6 lat spędziła w Kazachstanie na morderczej pracy w kolchozie gdy miala 10 lat w chwili wyjazdu a 16 lat w chwili powrotu do Polski w 1946 roku.
    Miała w związku z tym duże braki w wyksztalceniu, ktore nadrobila w Polsce. Studia w Polsce ukończyla w wieku 30 lat, a jej syn Jerzy mial wtedy 10 lat.
    Pani Danuta Malecka doszla do najwyższych tytulów naukowych prof. dr hab. pracując na tak prestiżowej uczelni jak Uniwersytet Warszawski.

    Opiekun pracy doktorskiej pani Danuty Maleckiej prof. Józef Goląb byl w grupie profesorow Uniwersytetu Jagiellońskiego aresztowanych podstępnie na wykladzie inauguracyjnym przez Niemcow w 1939 roku i byl w obozie w Sachsenhausen i w Dachau gdzie ciężko chorował . Póżniej pracowal na bazarze jako inkasent opłat za miejsca handlowe, bo nie bylo innej pracy w czsie okupacji. Ulubionym miejscem badań hydrologicznych profesora było Podhale.

    _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ __

    Pani Ewo,
    Przecież przejechać się konna bryczką goralską to jest przyjemność wielka dla turystow.
    Co tam jakiś samochodzik elektryczny ? To jest bez uroku.

    Pamiętam wagonik tramwaju konnego na trasie stacja Mrozy (kierunek Siedlce) do sanatorium Rudka odleglego o 2 km.

    Zlikwidowany kolo roku 1965 jako przynoszący wstyd nowoczesnemu państwu socjalistycznemu.

    Teraz kolo milośników Mrozów i Rudki stara się o ponowne ułożenie zezlomowanych torów i odtworzenie tych kursow pięknego wagoniku.

    Cierpienia koni wożących turystow do Morskiego Oka są niedopuszczalne to dziwne że jeszcze bryczki są przeladowane.

  6. Jurek napisał(a):

    Gabriela
    lubi takie rozważania historyczne ale mamy tyle tematów ochockich, że na Ochockich Spotkaniach Historycznych trudno wrzucić jakiś temat zakopiański.

    Wiola,
    z kolei ma tak wypelniony program Górali w Warszawie, że najlatwiej jest mi to omówić tutaj.

    Uczniem doktora Tytusa Chałubińskiego odkrywcy Zakopanego i lekarza ktory wprowadzil leczenie gruźlicy klimatem uzdrowiskowym Zakopanego byl lekarz chorób płucnych, literat i kompozytor dr Henryk Dobrzycki.

    Dr Dobrzycki uważał , że wyjazdy do Zakopanego rozsławionego przez T. Chałubińskiego byly drogie i niedostępne dla ludności o niskich dochodach. W Mieni odległej o 4 km od Mrozów zalożył szpital na 10 łóżek dla chorych na gruźlicę, którym klimat lasów sosnowych bardzo pomagał. Szpital ten wkrótce zamknięto ze względów finansowych.
    Dr Henryk Dobrzycki poradzil swemu uczniowi dr Teodorowi Duninowi aby w Rudce kolo Mrozów założyl sanatorium dla chorych na gruźlicę.

    Około roku 1900 powstało piękne i nowoczesne sanatorium , sanatorium to spowodowalo rozwój Mrozów.

    Do rozwoju Zakopanego również przyczynili się gruźlicy. Stanislaw Witkiewicz trafil tam aby leczyć się. Również Kornel Makuszyński osiedlil się w Zakopanem z powodu swojej choroby.

    Sanatorium przeciwgruźlicze Rudka powstalo okolo 1900 roku z inicjatywy dr Teodora Dunina, ucznia Leona Dobrzyckiego

  7. Jurek napisał(a):

    W ostatnim zdaniu powinno być imię Henryk Dobrzycki

Dodaj odpowiedź