Po latach Trzej Królowie znów świąteczni

„Szopka góralska” Władysława Skoczylasa (ok. 1910)

Do Zakopanego Trzej Królowie 6 stycznia przybyli z  halnym. Nad Tatrami zawisły bure zwały chmur, wiatr zadziwiająco zimny  jak na wiatr wiejący  z południa, coraz gorsze samopoczucie większości zakopiańczyków i turystów, spowodowane szybkim spadkiem ciśnienia i równie szybkim wzrostem temperatury. Na Krupówkach i stokach narciarskich słychać niemal wyłącznie rosyjski, białoruski i ukraiński. Goście zza wschodnie granicy ratują początek sezonu zimowego, choć w tym roku, według taksówkarzy i właścicieli pensjonatów, nieco mniej licznie przybyli pod Giewont.

Ale jak podkreślają „usługodawcy” turystyczni, „Ruscy” (nie ma w tym określeniu nic pejoratywnego!) to dobrzy klienci – uprzejmi, nie targują się, potrafią się zachować – nawet bawiąc się i świętując nie przebierają  miary. Dowodnym na to przykładem jest mój ogród, przez płot sąsiadujący z pensjonatem, prowadzonym przez zaprzyjaźnioną rodzinę góralską. Po grupach zza wschodniej granicy, nawet jeśli są to grupy młodzieżowe,  nie walają się w nim puszki i butelki po piwie, niedojedzone kanapki, niedopałki, opakowania kartonowe i plastikowe po napojach i tak dalej, i tak dalej. Nikt nie rzuca w psy pigułami śnieżnymi (w najlepszym przypadku), ani nie słucha muzyki umownie nazywanej rozrywkową na full. A to wszystko zdarza się, gdy zjadą „goście” z Polski. Prowadzenie pensjonatu to ciężki kawałek chleba, zwłaszcza jeśli robi się to rzetelnie, starając się zapewnić gościom jak najlepszy wypoczynek, a sąsiadom względny spokój. Helena to potrafi, choć na jej miejscu pewnie nieraz „wyszłabym z siebie”.

Piszę  o Epifanii (Święcie Objawienia dla prawosławnych, wigilii ich Bożego Narodzenia, a dla katolików Święcie Trzech Króli) również z  powodów artystycznych. Przypadkiem, jak zapewniał Piotr Borowski, autor filmu dokumentalnego „Koniec pieśni”, swe dzieło zaprezentował w Galerii Magdy Kraszewskiej DOM DOKTORA właśnie w to ważne dla obydwu wyznań święto. Żałuję, że niewiele osób go obejrzało. Jednak ci, którzy  nie dali się halnemu, doznali głębokich  przeżyć nie tylko artystycznych. Pozwolę sobie przytoczyć tekst Tadeusza Kornasia „Śmierć pieśni”, opublikowany w „Didaskaliach” nr 83 z lutego 2007 roku:

Film Piotra Borowskiego „Koniec pieśni” jest dziełem niezwykłym i wstrząsającym. Ukazuje śmierć pewnej warstwy kultury. Kilkadziesiąt lat temu w domach na Białostocczyźnie rozbrzmiewały pieśni – teraz już się w nich właściwie nie śpiewa. Najdziwniejsze jest to, że odejście pieśni dokonało się mimochodem, niedostrzeżone przez samych mieszkańców. Film pokazuje, jak reagują na nie ci, od których pieśni odeszły. Niespełna trzydzieści lat temu czwórka osób związanych z „Gardzienicami” – Piotr Borowski, Sergio Hernández, Elżbieta Majewska i Wanda Wróbel – wyruszyło na Wyprawę Zimową (4 grudnia 1980 – 13 lutego 1981), chodząc od wsi do wsi, prezentując przygotowany specjalnie na tę drogę spektakl „Już odchodzimy”. Wieczorami odbywały się Zgromadzenia, na które przychodzili mieszkańcy wsi. Borowski, nagrywając pieśni na magnetofon, dokumentował te spotkania.

Wkrótce po Wyprawie Zimowej odszedł z „Gardzienic”. Pracował w Workcenter of Jerzy Grotowski we Włoszech. Po powrocie do Warszawy założył własny zespół – Studium Teatralne, którym kieruje do dzisiaj. Kasety z Wyprawy Zimowej leżały przez lata bezużyteczne. Borowski postanowił je w końcu oczyścić, przegrać na płyty CD i oddać „właścicielom”. Jednak większość z ówczesnych wykonawców już nie żyła (zarejestrowane pieśni wykonywali przeważnie ludzie starzy), wobec tego Borowski starał się dotrzeć do ich dzieci, wnuków. Oddając pierwsze płyty, słuchając nagrań wspólnie z rodzinami śpiewających, przeżył wstrząs. Wtedy postanowił zrobić ten film.

Już pierwsze ujęcie pokazuje, jak głęboki musiał być to wstrząs. Widzimy twarz mężczyzny. Słychać odtwarzaną pieśń. Mężczyzna jest silny, krzepki, wygląda na nieskorego do wzruszeń. I nagle, jakby został ugodzony, po jego surowej twarzy zaczynają płynąć łzy. Dziwny to stan – nie rozpacz, nie ból, ale wzruszenie. Mężczyzna nie kryje uczuć przed kamerą, jest wobec niej bezbronny. To coś porażająco prostego, szczerego, nad czym nie sposób przejść do porządku. Siedzące obok mnie na widowni osoby też płaczą.

Poszedłem obejrzeć projekcję, bo interesuje mnie teatr. Byłem przekonany, że zobaczę odwołania do Wyprawy Zimowej, echa pobytu jej uczestników w Wierszalinie, w miejscu działalności proroka Ilji. Uświadomiłem sobie jednak szybko, że rzecz dotyczy spraw o wiele ważniejszych, fundamentalnych. „Dziś już nic tu nie ma” – mówili kolejni bohaterowie filmu. I to „nic” dotyczyło nie tylko pieśni. W ciągu trzech dekad zniknął ogromny obszar kultury normującej życie społeczne wsi na Białostocczyźnie.

Dziś nikt już nie śpiewa – a bogactwo pieśni, nagranych nie tak dawno przecież, było nieprzebrane. Borowski poprzez twarze ludzi pokazał, jak mocno boli uświadomienie sobie takiej straty. Jest i drugi aspekt, osobisty. Te pieśni śpiewane były przecież przez bliskie słuchającym osoby, których już nie ma. Być może to jedyne zachowane nagrania głosu matki, żony…

Film kończy panichida w cerkwi, odprawiona za tych, którzy odeszli. Tym razem słyszymy piękne pieśni liturgiczne. Na rozśpiewanej niegdyś Białostocczyźnie cerkiew to jedyne miejsce, w którym się jeszcze śpiewa. Z domu, z pola pieśń bezpowrotnie odeszła. Umarła.

7 komentarzy

  1. Jurek napisał(a):

    Pani Ewo ,
    Mimo życzliwej opinii o Ruskich wraca nasz osławiony blogowy cytat
    „Jak świat światem nie będzie Moskal Polakowi bratem”
    Adam Mickiewicz

  2. ewa napisał(a):

    Panie Jurku, mimo wszystko uważam że nie powinniśmy kierować się w ocenach ludzi ich narodowością. Cytat z Wieszcza pochodzi z innej rzeczywistości historycznej, my na szczęście żyjemy w innej. Od XIX wieku do XXI przeszliśmy długą drogę i chyba nie warto tkwić w historycznych uprzedzeniach, choćby w tamtym czasie uzasadnionych. Pozdrawiam i podziwiam pracowitość „blogową” i erudycję!

  3. Jurek napisał(a):

    Pani Ewo, gdybym dostał kredyt w rosyjskim banku , to też bym przyjechal do Zakopanego.
    I nie drażnil bym psów, i nie nadużywał.
    Ale może Polacy nie mogą tam pokazać swoich dobrych manier, bo ich nie stać na wyjazdy.

  4. ewa napisał(a):

    Chcę, żebyśmy się dobrze zrozumieli – dla Zakopanego turystyka zza wschodniej granicy jest prawdziwym dobrodziejstwem. Początek stycznia zawsze był tu martwym sezonem, dopiero ferie zimowe stają się okazją zarobku dla ludzi żyjących z turystyki A że chwalę zachowanie „Ruskich” to nic w tym zdrożnego. Zawsze żywiliśmy przekonanie, że homo sovieticus to najgorszy podgatunek ludzki, w porównaniu z Polakami, „szlachcicami na zagrodzie”, walczącymi z każdym rządem (nawet własnym) i za nic mającymi przepisy i zakazy, a zwłaszcza zakazy. Nie moja to wina, że Polacy przyjeżdżający do Zakopanego gorzej zachowują się niż inne nacje. Obserwuję to zjawisko od wielu lat i nie widzę żadnej poprawy. Przykro mi, że w ten sposób komentuje Pan moje wpisy. A przy okazji – chcę rozwiać mit o astronomicznych cenach w Zakopanem. Naprawdę nie trzeba mieć zaciągniętego kredytu bankowego, by do nas przyjechać i dobrze wypocząć. Zakopane ma oferty na każdą kieszeń, zapewniam Pana.

  5. Jurek napisał(a):

    Pani Ewo,
    mam przyjaciół również Rosjan i nikim nie pogardzam, ale nie podobało mi się, że przedstawia Pani Rosjan jako wzorzec postępowania dla nas w naszym kraju.

    Podaję link do
    http://www.polskieradio.ca/
    Tutaj w drugiej godzinie audycji z dnia 9 stycznia Joanna Ciapka Sangster od minuty 18:00 mówi o tradycji „Trzech Krółi” . To audycja Radia Edmonton.

  6. ewa napisał(a):

    Powinniśmy zakończyć tę dyskusję. Nie przedstawiam naszych gości jako wzorca postępowania dla Polaków w Polsce, przedstawiam wyłącznie fakty. Jeśli nam się nie podobają, tym gorzej dla nas.

  7. Alicja napisał(a):

    Co bardziej wzrusza- głos nieżyjącej bliskiej osoby odtworzony po latach z płyty CD, czy fakt, że zamiera lokalna kultura?
    Mój dziadek lubił śpiewać pieśń pt „Barka” – Pan kiedyś stanął nad brzegiem…
    Śpiewał ją często podczas uroczystości rodzinnych i wtedy też mój Tato zarejestrował głos dziadka na taśmie magnetofonowej. Po latach, kiedy zdarzało nam się odsłuchać nagranie wzruszałam się, ale też chciało się zaśpiewać Barkę razem z dziadkiem, którego już dawno z nami nie ma.

Dodaj odpowiedź