Co jest najważniejsze, Joanno?

Mam prawo tak zwracać się do koleżanki redakcyjnej, mam prawo zadać takie pytanie, nie oczekując odpowiedzi. W Tygodniku "Solidarność" za redaktora naczelnego Jarosława Kaczyńskiego ona była początkującą dziennikarką w dziale politycznym, ja sekretarzem redakcji. Nie pisała najlepiej, ale zawsze po słusznej linii ideologicznej. Miała za sobą współpracę z prasą opozycyjną, w latach osiemdziesiatych współpracowała z podziemnym "Tygodnikiem Mazowsze". Jako studentka Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW działała w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów. 

Czas "Tygodnika Solidarność" był najważniejszym moim doświadczeniem dziennikarskim. Na początku lat 90. miałam absolutne przekonanie, że pracuję w piśmie ludzi "Solidarności". Z miesiąca na miesiąc to przekonanie stawało się coraz mniej absolutne, aż w końcu, już za nowego naczelnego, odeszłam w zupełnie inną stronę – do miesięcznika "Uroda".  Z poczuciem, że dokonałam zawodowej autodegradacji, ale też pewna, że "Tygodnik Soidarność" stał sie orężem walki politycznej w obozie niedawnych przyjaciół z opozycji. A w tym nie chciałam uczestniczyć. J

oanna po zmianie naczelnego przeszła do popularnego poprzednika tabloidów – "Expressu Wieczornego". Obracałyśmy się w tak różnych kregach, że nie spotykałyśmy się, a ja nie czytałam pism, w których ona pisała. Kiedy w roku 2004 przeszła do Urzędu Miasta Warszawy (tu nasuwa sie pewna analogia) i objęła stanowisko głównego specjalisty w biurze prasowym, stało się oczywistą oczywistością, że zmierza w kierunku polityki. Prezydentem Warszawy był wówczas Lech Kaczyński, więc wolta, jakiej dokonała, miała swe uzasadnienie. Potem z perspektywy Zakopanego, doniesień prasowych i telewizyjnych, obserwowałam jej karierę polityczną.

Nie zdziwiło mnie, że stała się jedną z czołowych postaci PIS-u, choć jej niektóre poczynania były nie w smak kolegom partyjnym. Ze zdumieniem, ale też z pewnym podziwem patrzyłam, jak udało się jej zmienić na tyle Prezesa w prezydenckiej kampanii wyborczej, że niewiele brakowało im do zwycięstwa. Zwycięsta nie było, kampania się skończyła, a Joanna została "ładną buzią", czyli "paprotką". Bywaja jednak "paprotki" drapieżne. Doprowadziła do tego, że wywalono ja z PIS-u, za nią poszło paru mniej lub bardziej sensownych posłów i tak powstała "Polska jest najważniesza". To chyba było ukoronowanie jej kariery politycznej – stała się założycielką i liderką partii opozycyjnej wobec Jarosława Kaczyńskiego, choć to właśnie u jego boku, w Tygodniku "Solidarność" i w PIS-ie,  zdobywała polityczne doświadczenie.

Polityka nie jest zajęciem dla ludzi kierujacych się niezłomnymi zasadami lojalności. Słupki poparcia są najważniejsze. Cóż może zrobić partia bez szerokiego poparcia społecznego, przez lata opozycyjna, głodna stanowisk rządowych i parlamentarnych? PJN nie zdążyła  doświadczyć  tego, co PIS musiało znosić przez lata. Nim jednak PJN dokonała secesji, jej przyszli członkowie dzielili frustrację tych, co w PIS-ie pozostali. Od dłuższego czasu mówiło się, że Joannie Kluzik-Rostkowskiej po drodze jest z Platformą Obywatelską, choć ona stanowczo odżegnywała się od takich spekulacji. "Kapitan schodzi ostatni" – po wyborach w PJN przestała być kapitanem i wzorem gwiazd piłki nożnej mogła wybrać najkorzystniejszy dla siebie wariant klubowy. Podczas konwencji PO zasiadła w pierwszym rzędzie, tuz obok dawnego kolegi z rządu PIS-u Radosława Sikorskiego. I tak dokonał się sensacyjny transfer. 

Mogę zrozumieć, że polityka, nawet w polskim wydaniu, jest na tyle fascynującym i narkotycznym zajęciem, że odstawienie na boczny tor powoduje głód nie dający się zaspokoić niczym innym. Bo jak mawiał specjalista od celnych sformułowań typu "ciemny lud to kupi" – "polityka to k.., ale za to jaka piękna k…!". Nie posądzałam Joanny o cyniczne i wyrachowane przejście z partii nie dającej szans na rządzenie do partii rzadzącej (i zapewne wygrywającej tegoroczne wybory parlamentarne). Przekonywało mnie jej stwierdzenie, że trzeba zrobić wszystko, by Jarosław Kaczyński nie wygrał tych wyborów. Wydawała mi się politykiem umiarkowanym, pragmatycznym, nie wdającym się pseudopolityczne bijatyki.  

Aż do chwili, gdy przeczytałam wywiad we wtorkowej bodajże "Gazecie Wyborczej". W skrócie można to ująć tak: dopóki PJN zajmowała się podatkami, opieką lekarską, emeryturami i tym podobnymi, nudnymi sprawami, słupki poparcia sięgały z trudem około 2 procent. Ale gdy tylko zaczynała ostro atakować rząd, inne ugrupowania, a nawet samego Prezesa, słupki rosły. I Joanna mówi o tym wprost, bez ogródek. Czyli – fatalny stan polskiej polityki kreujemy my sami, polskie społeczeństwo. Nie interesuje nas umiar, rozsądek, merytoryczna dyskusja. Dopiero awantura i pyskówki na sali sejmowej budzą zainteresowanie i skłaniają do popierania awanturników. Czyli – upraszczając  – "Oni" są tacy, jak nasze wobec "Nich" oczekiwania. 

 

 

 

 

Dodaj odpowiedź