Śmierć w weneckich dekoracjach

"Śmierć w Wenecji", "Nie oglądaj się teraz" i jeszcze kilka filmów, w których Wenecja jest tłem dla ostatnich dni, tygodni czy miesięcy, spedzanych przez bohaterów na tym łez padole . Najpiękniejsze miasto na świecie, a zarazem miasto umierające, powoli pochłaniane przez morze. Lech Majewski swój film, inspirowany tryptykiem "Ogród rozkoszy ziemskich" Hieronimusa Boscha, również zrealizował w Wenecji. Ponownie (po projekcji telewizyjnej) obejrzałam ten film w Klubie Filmowym na Głodówce w poniedziałek. Miał być tam również Lech Majewski, jednak perturbacje lotnicze zatrzymały go w USA. Ale jak zapewnia Marek Tomalik, szef i animator filmowych wieczorów na tle najpiękniejszej panoramy Tatr, reżyser obiecał spotkać się z widzami we wrześniu. 

 

"Ogród rozkoszy ziemskich" Majewskiego jest filmem o miłości rodzącej się między Caludią a Chrisem, mimo zbliżającej się śmierci Claudii, o sztuce w postaci obrazu  Boscha, analizowanym i opisywanym przez Claudię, ale przede wszystkim  jest filmem o Wenecji. Przynajmniej dla mnie. Nie o  Wenecji z kolorowych  folderów turystycznych, z malowniczymi gondolierami i sielskimi obrazkami karmienia opasłych gołębi na Placu św. Marka. Wenecja Majewskiego jest piękna w sposób eschatologiczny, ograniczona postrzeganiem Claudii i Chrisa, którzy skupieni są tylko na sobie. Blisko nich przemykają jacyś turysci, kobieta wynajmujaca im mieszkanie, personel szpitala. Ale to tylko statyści. 

Sposób prowadzenia kamery, nerwowy, chaotyczny, doskonale oddaje niepokój bohaterów, nawzajem filmujących się, robiących sobie zdjecia, można powiedzieć że Chris z kamerą realizuje film w filmie. Bardzo blisko "Ogrodowi…" do kiczu z wielu powodów – jeśli ogląda się ten film po raz pierwszy. W telewizji  irytował, sprawiał wrażenie wydumanego. Pomysł, by zilustrować filmowo dzieło malarskie, tak wieloznaczne jak tryptyk Boscha, wydawał się przedsięwzięciem tyleż karkołomnym, co chybionym. Majewski jest malarzem, pisarzem, poetą i filmowcem, toteż próba ta miała solidne podstawy warsztatowe. Jednak wówczas nie przekonał mnie, mimo że  bardzo podobał mi się "Lot świerkowej gęsi".

"Ogród rozkoszy ziemskich" oglądany po raz drugi, w nieco trudnych warunkach (schronisko na Głodówce to nie sala kinowa), może właśnie dzięki nim zmusił mnie do skupienia się, wyłączenia ze schroniskowego mikroklimatu. Dostrzegłam szczegóły, drobiazgi, niuanse, wcześniej nie zauważone. Zachowania bohaterów stały się bardziej zrozumiałe, już nie odczuwałam zażenowania przy oglądaniu niektórych scen, choćby tej, kiedy Chris po śmierci Claudii wtula twarz w jej pantofle, którym później urządza "pogrzeb", zakopując je w krzakach. Rozpacz po utracie miłości wyłamuje się niekiedy z konwenansów, budząc nasz sprzeciw i niezrozumienie.

Miłość nie jest silniejsza  od  śmierci,  jakby chcieli poeci. Miłość umiera, my żyjemy, powoli zapominamy i po pewnym czasie jesteśmy gotowi na nową miłość. Ale film Majewskiego nie niesie tego optymistycznego, mimo wszystko, przesłania. Pierwsze i ostatnie sceny to Chris skaczący z kolejnych mostów weneckich. Koło się zamknęło. Nie pamietam, co przyrzekł Claudii – jeśli coś nastąpi, on skoczy z 27 mostów. I skacze, tyle może dla niej i dla siebie zrobić.

PS. Żałuję, że nie potrafię napisać poetyckiego eseju o trzech miastach na wodzie – Wenecji, Amsterdamie i Petersburgu. Znam tylko Amsterdam sprzed kilkunastu lat, Wenecję i Petersburg oglądałam na filmach. Czuję, że może to być pasjonujący temat…

Jedna odpowiedź

  1. eoyrzanowska napisał(a):

    FFilmu Majewskiego nie widziałam. Podobnie ja Ty znam jedynie Amsterdam i miasto do dziś wspominam z rozrzewnieniem.  Moje najlepsze lata młodości i różnych romantycznych uniesień. Romans z pewnym Niemcem wspominam do dziś. A właśnie miasto odwgrało w nim szczególną rolę. Pozdrawiam ciepło Grzanka

Dodaj odpowiedź