Lider wrócił w Tatry

W piątkowe popołudnie, 26 sierpnia na symbolicznym cmentarzu w Sanktuarium Maryjnym na Wiktorówkach po mszy św. odprawionej przez o. Marcina, została poświęcona tablica Lidera – Andrzeja Zawady. Upamiętnia ona 40. rocznicę zdobycia dziewiczego szczytu Kuyang Chhish (7852 m) w Karakorum przez polską wyprawę, kierowaną przez Lidera.  W uroczystości wzięła udział Anna Milewska, żona Andrzeja Zawady. Fot. Zdzisław Chmiel

 

Inicjatorką umieszczenia tablicy jest Anna Milewska, od lat dbająca  o pamięć o mężu. Za jej sprawą powstał m.in. Fundusz im. Andrzeja Zawady, którego celem jest wspieranie wybitnych osiągnięć alpinistycznych w górach wysokich, dokonywanych przez młodych wspinaczy. Pamiątkową tablicę ufundowały Polski Związek Alpinizmu i Fundacja Jerzego Kukuczki, a organizacją całego przedsięwzięcia zajął się społecznie Piotr Kubicki z poznańskiego Klubu Wysokogórskiego. Z Zakopanego byli Joanna i Zdzich Chmielowie, Ewa Matuszewska, Apoloniusz Rajwa i Maciej Pawlikowski, uczestniczący w kilku wyprawach Lidera. Uroczystość była więc skromna, ale wzruszająca.

Andrzej Zawada, jak wszyscy polscy alpiniści,  z Tatr wyruszył w Alpy, Hindukusz, Karakorum i Himalaje. Sam nie zdobywał szczytów ośmiotysięcznych, jednak  dzięki niemu Polacy stali się specjalistami w zimowych wejściach powyżej 8 000 m. To trudna sztuka – tak zorganizowac i poprowadzić wyprawę, by dać innym szansę na zdobycie szczytu i zapomnieć o własnych ambicjach. Zawada zawsze podkreślał, że choć na szczycie nie staną wszyscy uczestnicy wyprawy, to sukces zespołu szczytowego jest sukcesem wszystkich,  bez wyjątku.

Jeden ze swoich wywiadów z Liderem zatytułowałam "Ostatni z wielkich". Wraz z Zawadą odeszła epoka himalaizmu heroicznego, romantycznego i patriotycznego. Tak, tak – patriotycznego. Dla Zawady zatknięcie biało-czerwonej na szczytach himalajskich było czymś więcej niż tylko osiągnięciem sportowym. To, jak jego "chłopcy zawadowcy" wygladają, jak się zachowują podczas oficjalnych spotkań w Nepalu czy Pakistanie, było ważne – bo reperezentowali Polskę. 

Andrzej Zawada zawsze kochał Tatry, dobrze więc się stało, że wrócił w góry  swej młodości. 

 

2 komentarze

  1. Jurek napisał(a):

    Pani Ewo,
    Byłem na promocji książki Anny Milewskiej o jej mężu Andrzeju Zawadzie w Domu Literatury w Warszawie. To było rok temu. Było bardzo dużo osób.
    Mówiono o bardzo niezależnych poglądach politycznych czołowych alpinistów w latach 70 tych XX wieku.Utrudniano im wyjazdy poprzez odmowy wydania paszportów.
    Myślę, że obecnie nie organizuje się już wypraw wieloosobowych z kierownikiem. Kinga Baranowska pojedynczo wyjeżdża i dopiero w Himalajach łączą się małe grupki w zależności od tego kto tam dojedzie.
    Nie ma chyba współzawodnictwa między państwami. Raczej pojedyncze osoby dążą do zdobycia Korony Himalajów i Karakorum.
    Pani Ewo, czy była jakaś uroczystość w Zakopanem dla uczczenia 31. rocznicy Porozumień Sierpniowych ?
    Czy ktoś wspomniał o tych ofiarnych działaczach o nieznanych nazwiskach, którzy nie mają teraz pracy ?
     
     
     
     

  2. Alicja napisał(a):

    Czytam książkę zatytuowaną "Ostatni atak na Kunyang Chhish"  z dedykacją  "Julianowi Godlewskiemu – Klub Wysokogórski".
    Pan Julian Godlewski mieszkający w Szwajcarii, znany mecenas spraw polskich wspomógł dewizowo polską  wyprawę na niezdobyty wówczas (1971 r.) siedmitysięcznik  – Kunyang Chhish 7852 mnpm.
    To dzięki niemu udało się wreszcie poprowadzić  Andrzejowi Zawadzie 13 alpinistów łącznie z filmowcem na niezdobytą górę Karakorum.
    Uczestnicy wyprawy: Eugeniusz Chrobak, Krzysztof Cielecki, Jan Franczuk, który zginął tragicznie podczas wyprawy, Andrzej Galiński – filmowiec wyprawy, Andrzej Heinrich, Bogdan Jankowski, Andrzej Kuś, Jerzy Michalski, Jacek Poręba, Jan Stryczyński – lekarz wyprawy, Ryszard Szafirski, Andrzej Zawada – kierownik wyprawy, Stanisław Zierhoffer – zastępca kierownika wyprawy.

    26 sierpnia 1971 roku Zawada, Heinrich, Stryczyński i Szafirski stają o godz. 7.45 na wierzchołku Kunyang Chhisha.
    "Gdy nadeszli,  kolejno w milczeniu wchodziliśmy na śnieżno – lodowy szczyt Kunyang Chhisha: Andrzej, ja, Janek, wreszcie trochę później zdyszany Rysio, który filmował z przełączki nasze ostatnie kroki.
    Chwila oszołomienia. Czuję się tak, jak gdybym stracił równowagę. Horyzont jest teraz dookoła nas, a góry ponad nami. Ściskamy się długo, dziękując sobie wzajemnie. Do oczu cisną się łzy, wiemy, że taka chwila nie powtórzy się już w naszym życiu. Myślami jesteśmy przy Jasiu Franczuku, któremu zadedykowaliśmy to wejście: mógłby tu być z nami, a jest o 1300 metrów niżej i zostanie tam na zawsze….
    ….Pod głowicę czekana przywiązujemy drżącymi palcami proporczyki: najwyżej biało – czerwony, potem z barwami Pakistanu, wreszcie trójkątny zielony Klubu Wysokogórskiego. Podnosimy je do góry, powiewają nad głowami. Łopoczą na wietrze.
    Na zegarku jest 7.45, patrzę na Andrzeja – ma oczy pełne łez, nie może opanować wzruszenia.
     – Już dawno nie płakałem – tłumaczy się – ale sami rozumiecie…"
     
     
     
     

Dodaj odpowiedź