Pożegnanie z Przyjacielem: Wojciech Giełżyński (1930 – 2015)

w_gielzynski

Dziewiątego maja Wojtek obchodziłby 85.urodziny

Wczoraj wieczorem zadzwoniła Marysia Giełżyńska z bardzo smutną wiadomością – w niedzielę 1 marca odszedł WOJTEK. Od kilku lat ciężko chorował, ale dzielnie walczył, przy pomocy Marysi i przyjaciół. Ostatni raz widziałam Go w listopadzie ubiegłego roku, poznał mnie, pytał co słychać w Zakopanem. Świetnie jeździł na nartach, ale od lat, kiedy tylko zdrowie Mu pozwalało, jeździł w Alpy lub Dolomity. Należał do tego pokolenia, dla którego Zakopane było naprawdę pępkiem świata i nie mógł pogodzić się z tym, co Zakopanemu przyniósł kapitalizm i wolność, tutaj rozumiana jako bezhołowie.

Przyjaźniłam się z nimi od stanu wojennego, w ich domu poznałam wielu ciekawych, ważnych dla Polski ludzi. To właśnie dzięki Wojtkowi poznałam Jarosława Kaczyńskiego i trafiłam do redakcji Tygodnika Solidarność razem z Marysią. Zostałyśmy sekretarzami redakcji, choć początkowo świeżo upieczonemu redaktorowi naczelnemu, czyli "Kaczorowi", jak go wówczas nazywaliśmy, sekretarz redakcji mylił się z sekretarką.

Nim to nastapiło, pamiętam długie u Giełżów rozmowy o świecie i Polsce, diagnozy Wojtka co do przyszłości.  Po 13 grudnia rzucił legitymację partyjną i zaangażował się natychmiast w działalność opozycyjną, Pisał dużo do prasy podziemnej, wydawał w drugim obiegu książki, z których najważniejszą dla mnie było "Budowanie Niepodległej" (1985). 

Pamiętam też dobre rady Wojtka co do mojego pisania. Zaczęło się od narzekania na martyrologiczną literaturę podziemną, drukowaną (oczywiście z oszczędności papieru!) malutką czcionką, którą coraz trudniej było mi czytać. Kiedy powiedziałam, że w końcu chciałabym przeczytać normalną książkę, na przykład o szczęśliwej miłości, Wojtuś poradził mi: –To sobie sama ją napisz! O miłości nie napisałam, ale to on był pierwszym, konstruktywnie krytycznym czytelnikiem maszynopisu "Uciec jak najwyżej", biografii Wandy Rutkiewicz.

Kolejne wspomnienie o Wojtku wiąże się z pobytami wakacyjnymi w ich domku w Spychowie (dawnych Pupach). Las, jezioro, nasze radosne psy, Marysia i ja dbające o aprowizajcę (głównie piwo), a Wojtek na pięterku stukający w klawisze maszyny do pisania i słuchający Wolnej Europy. Kiedy pisał, nie innego dla niego nie istniało. Gdyby nie Marysia, zapewne o jedzeniu też nie pamiętałby, choć o kawę głośno się upominał. 

Pewnego dnia nieco wkurzona na jego twórczy egoizm powiedziałam, że ma ogromne szczęście majac taką żonę. Bez niej właściwie jest życiowym kaleką, Nie daj Boże, by Marysia pożegnała się z tym światem, bo nawet nie będzie wiedział, jak ubrać się na pogrzeb. Na to Wojtek z rozbrajającą powagą oświadczył: – Jak to nie wiem? Oczywiście, że na czarno!

Mimo smutku, dziś przypominam sobie przede wszystkim radosne, dobre dni, miesiące i lata spędzone z Wojtkiem i Marysią – na Grochowie i na Mazurach, przy piwie i przy whisky, przy dyskusjach o polityce i literaturze, przy brydżu i kierkach. Będę pamiętać miłość Wojtka do zwierzat, zwłaszcza psów. Ruda spanielka Hubert, biedne znajdki wielorasowe Pepa i Felek, które u Giełżów trafiły do psiego raju. I ostatnia towarzyszka Jego dni – czarna kotka Pusia, zamiast kolejnego psa, bo zarówno Marysi, jak i Wojtkowi coraz trudniej przychodziły obowiązkowe, codzienne spacery, jakich potrzebuje każdy pies, niezależnie od rasy i wielkości.

Nie wiem, gdzie teraz Wojtek jest – ale wiem, że mimo popełnianych błędów był dobrym, ludzkim człowiekiem, a dla takich jest może gdzieś we Wszechświecie jakiś zaciszny kącik…

Życzę Ci, byś go znalazł, Wojtku!

Dodaj odpowiedź