Krytyka niby neoromantyzmu, czyli jak nie być ofiarą losu

14695437_1139719726105866_1416292226821528376_n

Promocja kryminału zakopiańskiego "Śmierć samobojcy" autorstwa Mariusza Koperskiego. Fot. Kronos Media

Na Kongresie Kultury, który odbył się niedawno w Warszawie, odczytano list prof. Marii Janion. Napisała w nim między innymi:

„Dziś obserwujemy oczywisty, centralnie planowany zwrot ku kulturze upadłego, epigońskiego romantyzmu (…). Jakże niewydolny i szkodliwy jest dominujący w Polsce wzorzec martyrologiczny! Powiem wprost – mesjanizm, a już zwłaszcza państwowo-klerykalna jego wersja, jest przekleństwem, zgubą dla Polski. Szczerze nienawidzę naszego mesjanizmu”.*

Szczerzę tę niechęć podzielam, obserwując z przerażeniem postępującą propagandę absurdalnego neoromantyzmu i opartego na nim modelu patriotyzmu. Problem polega na tym, że to model uproszczony, nie waham się nazwać go prymitywnym. Pomija albo co najmniej stawia w cieniu wszystko to, co jest równie ważne, ale nie tak romantycznie atrakcyjne: zwykłą codzienną pracę na rzecz kraju, bolesne płacenie podatków, działalność społeczną i charytatywną, udział w wyborach, aangażowanie się w społeczny dyskurs, itp.

Wszystko to blednie przy obrazach bohaterstwa, walki z bronią w ręku, poświęcenia życia i szczęścia dla Ojczyzny, która otoczona zewsząd wrogami musi walczyć o przetrwanie. Nowymi bohaterami i wzorem do naśladowania stali się z dnia na dzień „żołnierze wyklęci”. To „z dnia na dzień” oznacza nie tylko pośpiech, z jakim dokonano wielkiej propagandowej pracy pod hasłem „wyrównywania historycznej niesprawiedliwości”. Oznacza to także, że dokonano tego „po łebkach”, tworząc na potrzebę chwili czarno-białe,  łatwo przyswajalne klisze, zamiast wywołać temat i rozpocząć mądrą dyskusję.

Oczywiście,  taka dyskusja z perspektywy rządzących jest niepożądana, bo rzetelnie przeprowadzona, wprowadziłaby półcienie, wywołałaby pytania i wątpliwości. A chodzi przecież o tworzenie mitu i stawianie pomników, więc wątpliwości to przejaw niepotrzebnego dekadentyzmu i defetyzmu. I jak tu nie myśleć, że wróciły czasy komuny?

Zmarnowano tym samym niepowtarzalną okazję pokazania młodym ludziom całego tragizmu „bycia Polakiem” w czasach zagubienia, na ukazanie „żołnierzy wyklętych” jako ludzi z krwi i kości, którzy musieli dokonać tragicznych wyborów (na przykład – czy podnieść rękę na rodaków uznanych za zdrajców?). Zamiast tego wrzucono do jednego workatych  „wyklętych” i tych „zbłąkanych”, ucinając wszelką dyskusję w prawdziwie polskim stylu: Tak jest i już, a kto podaje to w wątpliwość, jest zaprzańcem.

Mesjanizm prowadzi nas na manowce. Jest usprawiedliwieniem dla braku wiary we własne możliwości i w wielką energię tkwiącą w społeczeństwie. Jesteśmy jak naburmuszone dziecko stojące samotnie w kącie. Nikt się nie chce z nami bawić, ale – przyznajmy szczerzenie – nie bez powodu. Wszyscy się do nas zrazili, bo jednych opluliśmy, innych pokopaliśmy po kostkach, a jeszcze innym pokazaliśmy język, próbując bezskutecznie udowowdnić swoją wartość. Co najwyżej dołączy do nas inna, równie nabzdyczona ofiara losu i wspólnie ponarzekamy na ciężki los outsiderów.

Bo czas najwyższy nazwać to wszystko po imieniu:  „nabzdyczenie” to żaden element naszego mesjanizmu, żadne tam bronienie ostatniej twierdzy najwspanialszych wartości, tylko właśnie wyraz kompleksów i żałosna skłonność do zgrywania „ofiary”. Ofiary kogo, czego? Potężnych sąsiadów z imperialnymi ambicjami? Historii? Losu?

Pół biedy, jeśli skończy się na staniu w kącie i robieniu cierpiętniczych min. Gorzej, jeśli po fazie „budowania nowych elit w oparciu o prawdziwe wartości” (a śmiem twierdzić, że na tym ma polegać rzeczywista reforma w polskiej oświacie), mędrcy prowadzący polską politykę zagraniczną wmieszają nas w jakąś poważną awanturę, by kolejne stracone pokolenie mogło udowodnić miłość do Ojczyzny z bagnetem na broni. Oby nie. Bo wtedy ofiary losu staną się znowu ofiarami prawdziwymi. A będą nimi nasze dzieci.

MARIUSZ KOPERSKI

* Cytat za: Tygodnik Powszechny, nr 42/2016

Dlaczego najnowszy felieton Mariusza Koperskiego pojawił się również na moim blogu? Ponieważ dokonujemy podobnych wyborów, podobnie myślimy (nie napiszę, że Mariusz myśli PO MOJEMU), mamy podobne doświadczenia pracy w samorządzie i po prostu – jesteśmy przyjaciółmi. Zaś dla przyjaciół zawsze jest miejsce w PO MOJEMU.

EM

 

Dodaj odpowiedź