Niczym kapcie Wielkiego Ernesta H.

p1309102026513

Miejsce buta jest ważne. Na nim, a właściwie na nich, tych butach, zasadza się ubiór. But w sylwetce działa jak spinacz. Dobiera się go do stroju, rzadziej strój do buta. Moja wierność do czarnych skórzanych butów, wiązanych w kostce, niejednego już zdumiała. Na podobną przypadłość chorował wielki Ernest Hemingway. No, no, oto przez mą niewinną, choć wcale nie odosobnioną przypadłość, znalazłam się w niezłym towarzystwie!

Miał on i kochał pewne domowe pantofle. Zwykłe, wsuwane filcaki. O te kapcie toczyła się walka na noże między nim a jego licznymi żonami. Ileż to razy kolejne damy wyrzucały je, a on z uporem godnym podziwu, żeby nie powiedzieć maniaka, wygrzebywał swoje kapciochy ze śmietnika. Były jak święte krowy. Niezastąpione. Wyjątkowe. I były jego własnością. Z wyglądu ohydne, ale miłość ślepą jest. I już.

Po tym, jak pisarz strzelił sobie w łeb, filcaki, te niezastąpione, te zwykłe wsuwane domowe pantofle, trafiły do muzeum w willi kilkanaście kilometrów od Hawany. Oprowadzający nas przewodnik z wielkim namaszczeniem opowiadał ich historię i rolę jaką odegrały w życiu wielkiego pisarza, którym to Ernest niewątpliwie był.

Wracając do moich czarnych, skórzanych, wiązanych w kostce z kwadratowymi noskami, bardzo wygodnych, jedynych i niezastąpionych, wyjątkowych, niepowtarzalnych, ekskluzywnych, połatanych butów. Nosiłam je do spodni. Spódnic. Sukienek. Płaszczy. Marynarek. Nie zdejmowałam ich przez kilka lat. W zimie i na wiosnę, jesienią, a czasami i w lecie. Wielokrotnie robiłam im lifting po całości. Kiedyś szewc stwierdził już poirytowany, nie bacząc na moje uczucia: – Te już długo nie pociągną – i zawiesił głos widząc moje zaciśnięte usta. – Proszę je ratować – wysyczałam. Pokornie wymamrotał: – Zrobię co się da.

Na niewiele zdała się ta ostatnia posługa. Podeszwy nie trzymają pomimo częstego klejenia i zszywania. A ja, jak mogę, pucuję je i myślę „aby do wiosny”. Jeśli tylko będzie sucho, to jeszcze do spodni założę. Jak wierność to wierność. Jak miłość to miłość. Przekładam je na półce, nie mogąc zdecydować się na ten ostateczny krok. A nie dość tego, to w szafie mam jeszcze czarne oficerki. W łydkach od kilkunastu lat za ciasne. A ja czekam na cud. Na cud czekają też granatowe półszpilki. Też ukochane. Nie noszę ich wprawdzie za często, ale mam do nich sentyment.

Dostałam je od mojej angielskiej ciotki Barbary, siostry ojca. Ciocia nie żyje od 2002 roku, a ja nie mogę się z nimi rozstać. W międzyczasie minęła i powróciła, moda na szpilki. Moje czekają na lepsze czasy. Strój do nich odpowiedni też od lat wisi w szafie. A teraz ostatnio, w ramach porządków (nie mylić z wyrzucaniem rzeczy na śmietnik!) znalazłam świetne lakierki, podarowane mi przez moją amerykańską przyjaciółkę. Doskonałe na wiosnę i jesień.

Miały tylko jeden mankament. Niemodny obcas. I znowu udałam się do swojego szewca. A jak on mlaskał. A jak sapał. A jak marudził. Aż w końcu, kiedy moja irytacja sięgnęła zenitu, pod silną presją podjął się skrócenia obcasów. Dzięki temu eleganckie wiśniowe lakierki stały się ponadczasowe. Awansowały.

W tym nowym wcieleniu mają szansę przetrwać kolejne lata, bo były nowe gdy je dostałam. Powoli zastępują mi moje ulubione, czarne buty. Ach te buty, których ciągle brakuje w damskiej szafie! Nie mam złudzeń, nie trafią, jak kapcie wielkiego Ernesta, do muzeum. Wręcz przeciwnie, kiedy nastąpi mój kres, trafią na śmietnik. Pytam więc – po co je trzymam? Z miłości. Wierności. Z sentymentu. Z braku odwagi. Bo się przywiązałam i nie umiem odwiązać się.

ELŻBIETA „GRZANKA” OYRZANOWSKA

Dodaj odpowiedź