Zamiast oglądać facjaty indywiduów spod znaku „dobrej zmiany”…

narcyzy

Dzis Facebook przpomniał mi felieton, jaki opublikowałam rok temu w portalu Zakopane dla Ciebie (tekst poniżej). Tak mnie to zbrzydziło (nie tekst, tylko wszystko co nastapiło i następuje), że postanowiłam poprawić sobie humor. A nic nie poprawia mi lepiej nastroju niż zajęcia ogrodnicze. Swoją drogą zastanawiam się – kim byłam w poprzednim życiu? Owczarkiem podhalańskim czy ogrodniczką?

Od wielu lat, jeśli tylko mogę, jadę w maju do Warszawy na Przegląd Filmów Alpinistycznych im. Wandy Rutkiewicz w Muzeum Sportu i Turystyki. Tak było i w tym roku. Jak zwykle, nie tylko oglądanie filmów, ale i okazja do spotkań z dawno niewidzianymi znajomymi "górskimi", do rozmów, do zakupu książek, a także różności w stoisku Fundacji Światło dla Himalajów

I jak zwykle, mieszkam wówczas na Ursynowie, gdzie mam  swoje miejsce u mojej przyjaciółki,  Ewy Czownickej (jej córka Klara wyniosła się na swoje, więc mogłam zająć jej dawny pokój). Po spotkaniach przeglądowych – spotkania z przyjaciółmi. Trzeba nadrobić zaległości – w byciu ze sobą, piciu wina (niekiedy whisky), dyskusji na tematy wszystkim dobrze znane, lecz wciąż nie dające się zrozumieć. 

Bywa, że spotkania te są trudne ze względu na okoliczności w jakich się odbywają, ale potrzebne są obu stronom. Efektem jednego z nich, tym razem w szpitalu, są narcyzy, a właściwie ich cebulki. Po wyjściu ze szpitala, na rogu Dolnej i Sobieskiego, gdzie zawsze można znaleźć kwiaciarki, zobaczyłam stojącą nieco na uboczu miłą panią, która sprzedawała pęki narcyzów, jakich od dawna nie widziałam. Pojedyncze płatki, leciutko żółty środek i oszałamiający zapach, jakby dla rekompensty za niepozorny wygląd.

To kwiaty mojego dzieciństwa, z ogródka rodziców, potem, dorosłej już kobiety – z ogrodu moich teściów. Z biegiem lat wypierały je, pyszniące się kolorami i burzą płatków, narcyzy importowane z Holandii. Tyle że poprzez kolejne krzyżówki holenderskich ogrodników, biegłych w hodowli kwiecia wszelakiego, utraciły zapach. A ja wciąż tęskniłam za tamtymi – za nimi, czy szczęśliwymi latami?

Gdy zobaczyłam je tamtego majowego dnia, zgarnęłam wszystkie i umówiłam się z panią, że we wrześniu kupię cebulki. Tak zwane okoliczności ode mnie niezależne sprawiły, że nie kupiłam ich w Warszawie. Pani była jednak tak miła, życzliwa, że wczoraj dostałam przesyłkę, bardzo starannie zapakowaną, a w niej trzydzieści cebulek. Rabatka już przekopana czeka, teraz tylko potrzebny jest mi jeden ciepły, słoneczny dzień. Jak narcyzy przyjmą się w nienajłatwieszym, górskim klimacie? Ja się przyjęłam, to one też poradzą sobie (nigdy już nie powiem "damy radę"!). Poczekamy razem na wiosnę.

 

 

2 komentarze

  1. Elzbieta"Grzanka" Oyrzanowska napisał(a):

    Probuję. Może sie odczarował komentarz i znajdę się w doborowym towarzystwie. Ewa daj znać…. to napiszę pełny komentarz, bo narcyzy to też moje ulubione kwiaty. A może zostaw jedną cebulkę dla mnie to wsadzę ja na moim balkonie…. a u nas pada. Grzanka

Dodaj odpowiedź