„Za bramą wielkiej ciszy”

Tytuł za Jerzym Waldorffem. Jego "Za bramą wielkiej ciszy" zostało wydane w roku 1990 i dokumentuje ponad dwieście lat istnienia Powązek, przez mieszkańow stolicy nazywanych Starymi Powązkami (w odrożnieniu od Powązek Wojskowych).

Na jednych i drugich mam groby rodzinne, groby przyjaciół i znajomych. Chyba każdy warszawski cmentarz i niektóre podwarszawskie to miejsca, gdzie powinnam przynajmnie raz w roku, pierwszego listopada, zostawić znak pamięci. Odkąd mieszkam w Zakopanem, tylko parę razy zdarzyło się, że nie pojechałam na uroczystości Wszystkich Świętych do Warszawy.         

Owszem, prywatnie i służbowo odwiedzałam wówczas zakopiańskie cmentarze, gdzie też są groby bliskich mi osób, a Pęksowy Brzyzek uważam za najpiękniejszą i ważną historycznie nekropolię Polski, ale nie czuję z nim takiej więzi jak ze Starymi Powązkami. W mojej rodzinie pamięć o tych, którzy już "za bramą wielkiej ciszy" albo jak mówi się na Podhalu "za niebieską granią", jest wpajana nam wszystkim od dziecka. Pamiętamy o nich nie tylko w Zaduszki, toteż cmentarze nie budzą we mnie ani lęku, ani nie skłaniają do eschatologicznych rozmyślań. To raczej miejsca, gdzie mogę jeszcze pobyć z Ojcem, Magdą, Kasią… 

Chyba nie można tego nazwać "świecką tradycją", bo powstanie naszej tradycji, dwóch przyjaciółek z Ursynowa, wiąże się jak najbardziej ze świętem kościelnym. Ma ona również wymiar ekumeniczny,  jako że Ewa towarzyszy mi niestrudzenie w odwiedzinach wszystkich rodzinnych grobowców na Powązkach, jednych i drugich. A potem, jeśli Zaduszki nie wypadają akurat w szabat, ze Starych Powązek przechodzimy na cmentarz żydowski przy Okopowej. Pochowana jest tam prababcia Ewy. Może to nie licuje z powagą dnia, ale najbliżej nam przez dziurę we wciąż remontowanym murze, oddzielającym dwa światy.        

Po jednej stronie szaleństwo różnokolorowych chryzantem, płonące łuną znicze i tłum przewalający się wszystkimi alejkami, po drugiej – cisza, zapadające się macewy, nieliczne światełka, ludzie w skupieniu przystający przy nagrobkach. Wyglądają raczej na zwiedzających niż odwiedzających. Ja kładę kamyk, Ewa zapala światełko swojej prababci.        
        
Nie będę w tym roku pierwszego listopada w Warszawie. Pewnie tego dnia pójdę na Bachledzki i zapalę znicze przy krzyżu, do którego lubił chodzić mój Ojciec. Miał spod niego piękny widok na Tatry.       
         
PS Anioł na zdjęciu jest, odkąd pamiętam, moim Aniołem. Zachwyciłam się nim na Starych Powązkach  jako dziecko. Babcia opowiadała, że podczas Powstania Warszawskiego pocisk oderwał mu rękę i tak już został – mój Jednoręki Anioł.          
 

Dodaj odpowiedź