Za dużo talentu, za dużo urody, za dużo sławy…

 

Amy Winehouse (14 września 1983 – 23 lipca 2011)

Jak mogłam nie zwracać na nią uwagi? Przecież kiedy pierwszy raz zobaczyłam jej zdjęcie w jakimś kolorowym magazynie, pomyślałam: "jaka podobna do Anity!". Ale za tą myślą nie przyszło zainteresowanie. Ani Amy, ani jej śpiewaniem.

Kiczowaty image sceniczny (ten makijaż!), taki sam jak poza sceną, narkotyki, alkohol, toksyczny związek i moja całkowita nieznajomość jej twórczości sprawiły, że doniesienia medialne o kolejnych próbach wyjścia z uzależnienia, narkotykowo-alkoholowego i uczuciowego czy przerwanej trasie koncertowej, nie robiły żadnego wrażenia. Ot, jeszcze jedna "gwiazda", zmierzajaca ku upadkowi na wlasne życzenie.

Wszystko zmieniło się po obejrzeniu, nie tak dawno, filmu dokumentalnego "Amy" w reżyserii Asifa Kapadii. Podobno rodzina miała mnóstwo zastrzeżeń do jej wizerunku, jaki przedstawił reżyser. Dla mnie dzięki temu filmowi Amy stała się tak bliska, jak żadna inna wokalistka. Po raz pierwszy zobaczyłam, jak się porusza, jak mówi, jak zachowuje się na scenie. Jak walczy o swoją autonomiczną twórczość i o życie na własnych warunkach. Zobaczyłam w niej Anitę, mój nieustający wyrzut sumienia…

Byłam niewiele starsza od Anity, gdy prawni opiekunowie poprosili mnie, bym pomogła jej przygotować się do matury. Nie miała rodziców, opiekunów, którzy się z nimi przyjaźnili, nazywała "wujkiem" i "ciocią", ale chciała żyć po swojemu, nie przejmując się szczególnie szkołą. Niezwykle zdolna, oczytana, kochająca poezję, a przy tym tryskająca energią i pełna uroku. 

Zaprzyjaźniłyśmy się, wydawało się, że mam na nią dobry i duży wpływ. Maturę zdała bez problemu, zaczęły się dyskusje, na jakie studia ma zdawać. Myślała o polonistyce, ja kolejny raz próbowałam dostać się na historię sztuki. Którego wieczoru, kiedy omawiałyśmy twórczość Tadeusza Konwickiego, popijając przy tym czerwone wino, nagle oświadczyła, że zrzeka się polskiego obywatelstwa i emigruje do Izraela. Był rok 1968. Opiekunowie jeszcze nic nie wiedzieli, ja dowiedziałam się pierwsza. Przez wiele dni, a niekiedy i nocy, probowałam odwieść Anitę od tego zamiaru. Przypominałam, że zawsze czuła się Polką, że kocha polską kulturę, że tak bardzo jest zwiazana z Warszawą. Żadne jednak argumenty do niej nie trafiały. 

Nie pożegnałam się z Anitą. Czułam do niej ogromny żal. Nasza przyjaźń nic dla niej nie znaczy, skoro wyjeżdża. Obie wiedziałyśmy, że nie ma szans na podtrzymywanie przyjaźni na odległość. Anita przekonywała mnie, że w Polsce nie da się żyć, a ja miałam wyrzuty sumienia wobec jej opiekunów. Wierzyli w to, że mnie uda się przekonać ją, by pozostała w kraju. Aż przyszedł moment, kiedy zrozumiałam, że musiała wyjechać. Dość często bywałyśmy w młodzieżowym klubie Babel przy Nowogrodzkiej. Już po wyjeździe Anity dowiedziałam się, że pewnie też jestem syjonistką, skoro obracałam się w takim towarzystwie. 

Poźniej wiadomości o niej (nie od niej) dochodziły coraz rzadziej. Okazało się, że wyjechała najpierw do Wiednia, gdzie podobno wyszła za mąż za bardzo bogatego jubilera żydowskiego pochodzenia, dużo starszego od niej. Podobno szybko się z nim rozwiodła i wyjechała do Izraela. Podobno trafiła do kibucu, gdzie przechodziła trudny proces adaptacji. A potem przyszła ta najgorsza wiadomość – w Jerozolimie (a może to był Tel Awiw?) zginęła na ulicy od przypadkowej kuli snajpera, podobno Palestyńczyka. 

Anita nigdy nie interesowała się kulturą żydowską, jej rodzice byli bezwyznaniowi. Jeszcze przed maturą miała szalony pomysł, by ochrzcić się i przyjąć komunię. Uważała się za Polkę i chciała być katoliczką. Nim do tego doszło, wydarzenia marcowe skutecznie wyleczyły ją z polskiego patriotyzmu. 

A ja? Zostałam z wyrzutami sumienia – nie potrafiłam jej zatrzymać, jej przypadkowa śmierć w jakiejś części była też moją winą. Może dlatego, niejako w jej imieniu, chciałam poznawać kulturę i religię żydowską, ktorej Anita w Posce nie chciała, a w Izraelu nie zdążyła poznać. 

Patrząc na Amy, widzę Anitę…

POSŁUCHAJ 

PRZECZYTAJ

Dodaj odpowiedź