Kanczendzonga, 13 maja 1992

Meksykański himalaista Carlos Carsolio, lider ostatniej wyprawy WANDY RUTKIEWICZ, był ostatnim człowiekiem, który ją widział. Tak wspomina ich spotkanie w drodze na szczyt Kanczendzongi:

– Prowadziliśmy wiele dyskusji, ja i Wanda, ponieważ mieliśmy różne plany co do wejścia szczytowego. Wanda znakomicie znosiła wysokość i planowała powolne podejście. W drodze na szczyt chciała kilka razy biwakować, w przeciwieństwie do mnie, bo ja zamierzałem wchodzić szybko. Próbowałem ją przekonać, by zrezygnowała ze swojego zamiaru. Po pierwsze – z powodu warunków, jakie panowały na górze, po drugie – że mimo wielkiego doświadczenia nie była to już ta sama Wanda co niegdyś. Doszliśmy do porozumienia i ruszyliśmy do obozu I, który był czymś w rodzaju bazy wysuniętej. Towarzyszyli nam Arek i Andreas.

Powyżej obozu I musieliśmy iść związani liną ze względu na lodowiec, który trzeba było przekroczyć, by dotrzeć do obozu II. W czasie dalszego podchodzenia rozdzieliliśmy się – Wanda i ja. Każde z nas szło osobno.

10 maja Wanda wyszła do obozu III, i to już około jedenastej przed południem. Na podejściu do szczytu chciała kilkakrotnie biwakować. Ja wyszedłem później, około osiemnastej – bez bagażu, niosłem tylko trzy litry wody. Chciałem podchodzić nocą, tak by szczyt osiągnąć przed południem następnego dnia. Pomysł ten przyszedł mi do głowy już przy pierwszej próbie ataku szczytowego. Mniej więcej o dwudziestej pierwszej dotarłem do Wandy, biwakującej w szczelinie lodowej, ponieważ obóz III przepadł. Wanda nie była w najlepszym stanie. Zwymiotowała zupę, którą sobie ugotowała.

W górnej partii naszej drogi spadło wiele nowego śniegu, toteż torowanie drogi było bardzo ciężkie. Wanda zdecydowała się iść moim śladem. Około jedenastej w nocy usłyszałem jej wołanie, że chce zabiwakować. Działo się to na wysokości 7400 metrów. Dalej szedłem już samotnie. Podejście było bardzo strome, trudne do pokonania. Leżało tak dużo śniegu, że obawiałem się lawin.

Pogoda pogorszyła się i potrzebowałem na wejście o trzy godziny więcej, niż pierwotnie zaplanowałem. Do miejsca dawnego obozu IV doszedłem o szóstej rano. Pogoda wciąż była zła. Postanowiłem więc trochę poczekać, w nadziei, że się poprawi. Poszperałem wśród resztek zniszczonego obozu i udało mi się odnaleźć wypełnioną do połowy butlę gazową, a także dwa śpiwory.

Dzień spędziłem na pogłębianiu jamy śnieżnej i adaptowaniu jej na biwak. Przygotowałem herbatę, by móc ją zaproponować Wandzie. Ale ona wciąż nie przychodziła. Przyszła dopiero w nocy. Czuła się źle, była zmęczona, można powiedzieć, że wręcz wyczerpana. Piła dużo, więc topiliśmy śnieg w dużych ilościach. Zasnęliśmy około dwudziestej trzeciej. Spaliśmy do trzeciej nad ranem – obydwoje bardzo dobrze, co po przebudzeniu komentowaliśmy.

Wanda prosiła, żebym zabrał ze sobą lekką linę o średnicy pięciu, sześciu milimetrów, dzięki której mógłbym ją ubezpieczać przy przekraczaniu przełęczy. Przez pierwsze sto metrów towarzyszyła mi i to z dobrą prędkością, ale stawała się coraz wolniejsza. Po przekroczeniu przełęczy, owej partii wspinaczkowej, straciłem ją z oczu.

Podejście było utrudnione ze względu na twardy, zlodowaciały śnieg. Dlatego szedłem wolno. Zupełnie straciłem poczucie czasu. Chmury zakrywały wierzchołek i wiatr niósł tumany śniegu. Na krótko przedtem, nim dotarłem do szczytu, przejaśniło się niemal całkowicie. Panorama była fantastyczna. Na wierzchołku stanąłem mniej więcej o siedemnastej. Pozostałem na nim około czterdziestu minut i zacząłem schodzić.

Około dwudziestej zobaczyłem na śniegu kawałek liny, wyrzucony przez Wandę po to, bym w zejściu jej nie przeoczył. Siedziała w śnieżnej jamie, wywianej przez wiatr. Rozmawialiśmy o technicznych aspektach ostatniego odcinka drogi, który pozostał jej do pokonania. W jej oczach widziałem niezłomne postanowienie, że pójdzie jeszcze wyżej, aż do szczytu. Podjęła już decyzję. Nie miałem moralnych praw ani nie mogłem użyć siły fizycznej, by skłonić ją do zejścia na dół razem ze mną. Była w pełni władz umysłowych, choć bardzo wyczerpana.

Było jej bardzo zimno, miała tylko płachtę biwakową i kilka cukierków. Woda jej się skończyła, ja również nie miałem nic do picia. Nasza rozmowa nie trwała długo, może z dziesięć minut. Próbowała dodać mi otuchy, bo byłem zatroskany i zmartwiony jej decyzją. Jednak nie odważyłem się nakłaniać jej do zejścia. Wanda powiedziała: „Nie martw się, zobaczymy się na dole". I pożegnaliśmy się. Zszedłem do obozu IV około dwudziestej drugiej i do trzynastej następnego dnia czekałem na Wandę. Fizycznie byłem również wyczerpany, moje samopoczucie pogarszała wysokość. Zdecydowałem się więc schodzić.

Dotarłem do obozu II i pozostałem tam przez trzy noce. Miałem wystarczająco dużo jedzenia i tlenu. Po rozmowie przez radiotelefon z Andre postanowiłem zejść do bazy. W ciągu poprzednich dwóch dni padał śnieg i obawialiśmy się, że pogoda jeszcze się pogorszy. Zostawiłem Wandzie radiotelefon, termos z herbatą i ruszyłem na dół. Na lodowcu spotkałem Arka i Andre, z nimi zszedłem do bazy. Przez cały czas pogoda byłą zła. Zdecydowaliśmy się więc opuścić górę – po tym, gdy lama odmówił modlitwy za Wandę…

Nie wiemy, czy zmarła jeszcze na biwaku, czy już powyżej, na stromym odcinku prowadzącym na szczyt. Tego nie wiemy. To wszystko…

(Ewa Matuszewska, Uciec jak najwyżej. Niedokończone życie Wandy Rutkiewicz. Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 2007)
 

 

Dodaj odpowiedź