Iwa Momatiuk Eastcott: Nasze kanadyjskie ptaszki

Dotarliśmy do Bay of Fundy w New Brunswick i nadbrzeżne ptaszki, zaalarmowane naszym przybyciem ("znowu oni! oh nie!") ułożyły się dla mnie w elegancką mozaikę.  Te spotkania mają swój rytm i łatwo je przewidzieć, bo duże grupy ptaszków pojawiają się tylko podczas przypływu – kiedy indziej rozsiane są po ogromnych połaciach błotnistych brzegów zatoki, gdzie szukają robaków i skorupiaków.

Ale obecność drapieżników, sokołów i jastrzęb,i natychmiast je alarmuje i uciekają bez chwili zwłoki.  Te momenty są zresztą przepiękne, bo ogromne stada ptaków falują jak wstęgi, tuż nad powierzchnią morza, zmieniając kierunek, wysokość i kolor. Kolor? Oj tak. Ptaszki, wielkości sporego wróbla, na dość długich nogach, maja brązowe skrzydełka, podszyte białymi piórkami, a czerwono-błękitne fale zatoki często odbijają światło, które nagle barwi cale stado na niebiesko lub różowo.

A po takiej ucieczce trzeba czekać na następny przypływ (dzienny, bo nocnego nie możemy wykorzystać), czyli 24 godziny zanim ptaszki wrócą w okolice brzegu i naszych obiektywów. W ciągu tych godzin łazimy, śpimy, czytamy, zajmujemy się sprzętem, rozmawiamy z innymi "ptasznikami", zbieramy dzikie maliny, jeżyny i czarne jagody. Jednym słowem: cierpliwość. Mamy na szczęście rozsianych tu i ówdzie ptasich szpiegów, ornitologów po obu stronach zatoki, którzy spędzają cale dnie,  szukając tych stad i licząc ptaszki. A ponieważ John wreszcie przechytrzył Kanadyjczyków i zainstalował program,  który pozwala nam tu wysyłać i odbierać maile, po prostu pytamy naszych szpiegów, jak wygląda ptasia sytuacja w innych punktach zatoki.

I wiemy już, że nasza strona, czyli Johnson's Mills, jest w tej chwili bardzo „wydajna”, podczas kiedy Mary's Point, po drugiej stronie Bay of Fundy, jest jak dotąd dość pustawa.  Nasze ptaszki przylatują bowiem tu prosto (i bez odpoczynku) z Arktyki, gdzie spędziły lato i wychowały pisklęta. Tutaj w ciągu kilkunastu dni odrabiają stratę wagi, starają się nieco "utyć" i wraz z pierwszym, zimnym frontem barycznym, przy sprzyjającym wietrze z północy ruszają (znów bez przystanków) do Południowej Ameryki, gdzie spędzą zimę.  

Niektóre zdecydowanie wolą spiżarnie w okolicach Johnson's Mills, a inne żywią się głównie w pobliżu Mary's Point. A te z kolei to zwykle młodzież: wyrośnięte, tegoroczne pisklaki,  które przylatują  nieco później niż rodzice. Ptaszki to głównie (95%) biegusy tundrowe, ale także różne siewki i inne ptaszki nadbrzeżne.

Dziś przypływ na naszym brzegu jest o 15.20, wiec mamy kilka godzin czekania. John wstawia nowe siedzenia do naszego składanego canoe, a ja się bezwstydnie byczę. Ten krótki wypad do Kanady to wspaniały pretekst,  żeby pozbyć się na dwa tygodnie codziennej zmory Trumpa, to także próba przerwania naszej niefortunnej passy złamanych kości, jakichś infekcji, trudności z chodzeniem i innych nieporządków zdrowotnych,  które zdominowały ten rok. Można więc powiedzieć, że to winda psychologiczna w drodze do góry…

ZOBACZ

Dodaj odpowiedź