Warszawa: niedziela, 13 listopada 2016

Rok temu w niedzielne popołudnie stawiłam się na Wołoskiej, d. Komarowa – za czasów, gdy mieszkałam z rodzicami na Mokotowie, przy Al. Niepodeglości. W tamtych latach nie miałabym szans na przyjęcie do szpitala Ministerstwa Spraw Wewnetrznych, a teraz, proszę bardzo. Wystarczyło skierowanie od lekarza rodzinnego z Zakopanego i sprawa była załatwiona.

W ciągu paru dni pozbyłam się kilku, a może kilkunastu węzłów chłonnych (wciąż nie wiem, ilu), doświadczyłam bardzo dobrej opieki, nawet uwzględnino moje preferencje wegetariańskie, poznałam Ewę Zaborowskiej., z którą nadal utrzymuję serdeczny kontakt. Tak więc bilans był dodatni, tym bardziej, że po szpitalu nastąpił długi okres dochodzenia do siebie fizycznie i psychicznej na Ursynowie,  u mojej przyjaciółlki, Ewy Czownickiej. Nieraz już pisałam, że w jej domu czuję się jak siebie, bo i przez długie lata, zanim wywiało mnie do Zakopanego, mieszkałyśmy w sąsiadujących blokach.

Potem był powrót na Boże Narodzenie i sylwestra do domu, naznaczony nieuchronnym kontynuuowaniem terapii na Kamczatce, inaczej mówiąc, w Nowej Hucie. Też nie było najgorzej, z Moniką Dymek pierwszą wspólną noc w szpitalu Rydygiera przegadałyśmy, oczywiście o górach. Tak miałyśmy ustawione zabiegi, że spotykałyśmy się co tydzień – ona dojeżdżała z Wieliczki, ja – z hotelu Felix. Dziesięć minut od szpitala na piechotę, ale smog zwalał z nóg, więc korzystałam wyłącznie z transportu taksówkowego.

Zesłanie na Kamczatce dobiegło końca w połowie lutego, pierwsze i następne kontrolne badanie wypadło OK, teraz pytanie, co dalej. Nie zamierzam zastanawiać się i martwić na zapas. Tym bardziej, że powodów do zmartwień mam aż nadto. Kiedyś pisałam, bodajże w portalu, w którym już mnie nie ma, że Władysław Tatarkiewicz "Traktat o szczęściu" pisał podczas okupacji niemieckiej, a Tolkien "Władcę pierścieni" w tym samym czasie, tyle że w Wielkiej Brytanii nie podbitej przez hitlerowców. Obydwaj uciekli od grozy wojny, choć nie w tym samym wymiarze jej doświadczyli.

Ja uciekam w góry najwyższe, K2 i pisanie o tym szczycie stało się remedium na wszystko…

Dodaj odpowiedź