KARAWANA DO MARZEŃ

Nie przechowuję listów, nie zbieram pocztówek, nawet tych z widokami z gór najwyższych, przysyłanych przez najbliższe mi osoby. Wanda przeciwnie. Dla niej każdy skrawek zapisanego papieru miał znaczenie, o czymś jej przypominał, odświeżał wspomnienia…
Którejś wiosennej soboty, trzy lata temu, w szale porządków opróżniłam wszystkie szuflady w komodzie i biurku z zalegających tam niepotrzebnych, jak mi się wówczas wydawało, papierów. Wśród nich było kilka listów i pocztówek od Wandy, przysyłanych z Nepalu i Pakistanu. Cały ten stos, przygotowany do wyrzucenia na śmietnik, piętrzył się przy drzwiach wejściowych. Chciałam uporać się z porządkami przed przyjazdem Wandy, która miała wpaść i zabrać mnie z psami na spacer do Konstancina. Przyjechała wcześniej niż się umawiałyśmy i wchodząc potknęła się niemal o zgromadzoną makulaturę. Bystrym okiem wyłapała na samym wierzchu przedartą na trzy części kolorową pocztówkę. Była to kartka od niej.
— Dlaczego to zrobiłaś? Przecież te listy mogły nam się przydać przy pisaniu następnej książki!
— Kiedy masz zamiar ją pisać9 Chyba na emeryturze, twojej : mojej! A poza tym nie zamierzam zmienić mieszkania w archiwum! Nie myśl też, że postawię ci pomniczek w postaci kolejnej książki.
— Coś mi się zdaje, że jednak będziesz musiała zabrać się za ten pomniczek. W końcu chyba po coś przyjaźnię się z dziennikarką? (…)
„Na jednej linie" pisałyśmy razem, najpierw nagrywając wielogodzinne opowieści Wandy o górach i ludziach, potem porządkując je i redagując, wykłócając się nierzadko o jedno zdanie czy określenie. Przy „Karawanie do marzeń" zostałam sama. Wprawdzie Wanda zgromadziła pokaźne, choć z pewnością niekompletne archiwum wycinków prasowych, ja zaś po każdej wyprawie starałam się nagrać jej relacje, ale zabrakło mi tego, co było tak istotne przy naszej pierwszej, wspólnej książce — atmosfery współdziałania, ostrych, ale twórczych dyskusji, zimowych wieczorów przy mocnej, pachnącej herbacie i letnich popołudni na łąkach wilanowskich, oddzielających jej dom od mojego.
Dzięki Wandzie przeżyłam wówczas coś, co dla każdego dziennikarza stanowi pasjonujące doświadczenie — możność wejrzenia w życie drugiego człowieka na tyle głęboko, że można się z nim tylko zaprzyjaźnić albo znienawidzić go. Nam się udało zaprzyjaźnić na całe czternaście lat — od Mount Everestu do Kangczendżongi…
„Karawana do marzeń" nie jest „pomniczkiem", nie jest „kapliczką" ani czymkolwiek w tym rodzaju. To Jej się ode mnie należało — próba rzetelnego, obiektywnego opisania wszystkich jej górskich osiągnięć po Mount Evereście (…) „Karawana do marzeń" nie jest formą ekspiacji, ani próbą rozgrzeszenia za grzech zaniedbania, jaki zdarza się popełnić wobec siebie nawet najściślej zaprzyjaźnionym ludziom. Tą książką chcę przede wszystkim podziękować — za lata przyjaźni, za obecność w najtrudniejszych dla mnie chwilach, za odkrycie świata, który mnie fascynował, a był dla mnie, zanim Ją poznałam, niedostępny. I to jest ten dług przyjaźni, który przyjdzie mi spłacać bardzo długo…

Nie przechowuję listów, nie zbieram pocztówek, nawet tych z widokami z gór najwyższych, przysyłanych przez najbliższe mi osoby. Wanda przeciwnie. Dla niej każdy skrawek zapisanego papieru miał znaczenie, o czymś jej przypominał, odświeżał wspomnienia…

Którejś wiosennej soboty, trzy lata temu, w szale porządków opróżniłam wszystkie szuflady w komodzie i biurku z zalegających tam niepotrzebnych, jak mi się wówczas wydawało, papierów. Wśród nich było kilka listów i pocztówek od Wandy, przysyłanych z Nepalu i Pakistanu. Cały ten stos, przygotowany do wyrzucenia na śmietnik, piętrzył się przy drzwiach wejściowych. Chciałam uporać się z porządkami przed przyjazdem Wandy, która miała wpaść i zabrać mnie z psami na spacer do Konstancina. Przyjechała wcześniej niż się umawiałyśmy i wchodząc potknęła się niemal o zgromadzoną makulaturę. Bystrym okiem wyłapała na samym wierzchu przedartą na trzy części kolorową pocztówkę. Była to kartka od niej.

— Dlaczego to zrobiłaś? Przecież te listy mogły nam się przydać przy pisaniu następnej książki!

— Kiedy masz zamiar ją pisać9 Chyba na emeryturze, twojej : mojej! A poza tym nie zamierzam zmienić mieszkania w archiwum! Nie myśl też, że postawię ci pomniczek w postaci kolejnej książki.

— Coś mi się zdaje, że jednak będziesz musiała zabrać się za ten pomniczek. W końcu chyba po coś przyjaźnię się z dziennikarką? (…)

„Na jednej linie" pisałyśmy razem, najpierw nagrywając wielogodzinne opowieści Wandy o górach i ludziach, potem porządkując je i redagując, wykłócając się nierzadko o jedno zdanie czy określenie. Przy „Karawanie do marzeń" zostałam sama. Wprawdzie Wanda zgromadziła pokaźne, choć z pewnością niekompletne archiwum wycinków prasowych, ja zaś po każdej wyprawie starałam się nagrać jej relacje, ale zabrakło mi tego, co było tak istotne przy naszej pierwszej, wspólnej książce — atmosfery współdziałania, ostrych, ale twórczych dyskusji, zimowych wieczorów przy mocnej, pachnącej herbacie i letnich popołudni na łąkach wilanowskich, oddzielających jej dom od mojego.

Dzięki Wandzie przeżyłam wówczas coś, co dla każdego dziennikarza stanowi pasjonujące doświadczenie — możność wejrzenia w życie drugiego człowieka na tyle głęboko, że można się z nim tylko zaprzyjaźnić albo znienawidzić go. Nam się udało zaprzyjaźnić na całe czternaście lat — od Mount Everestu do Kangczendżongi…

„Karawana do marzeń" nie jest „pomniczkiem", nie jest „kapliczką" ani czymkolwiek w tym rodzaju. To Jej się ode mnie należało — próba rzetelnego, obiektywnego opisania wszystkich jej górskich osiągnięć po Mount Evereście (…) „Karawana do marzeń" nie jest formą ekspiacji, ani próbą rozgrzeszenia za grzech zaniedbania, jaki zdarza się popełnić wobec siebie nawet najściślej zaprzyjaźnionym ludziom. Tą książką chcę przede wszystkim podziękować — za lata przyjaźni, za obecność w najtrudniejszych dla mnie chwilach, za odkrycie świata, który mnie fascynował, a był dla mnie, zanim Ją poznałam, niedostępny. I to jest ten dług przyjaźni, który przyjdzie mi spłacać bardzo długo…

KARAWANA DO MARZEŃ. AT Publications, Londyn-Kraków, 1994