LIDER. GÓRSKIM SZLAKIEM ANDRZEJA ZAWADY

Dlaczego piszę o Andrzeju Zawadzie? Nie byliśmy zaprzyjaźnieni, nie był nawet moim dobrym znajomym. Zaledwie parę razy udało mi się z nim porozmawiać, ale każda z tych rozmów – poczynając od pierwszej, z czerwca roku 1980, aż po ostatnią, z maja 2000 – poszerzała mą wiedzę o alpinizmie, o ludziach i górach. Mało kto potrafił dzielić się swymi doznaniami z innymi tak szczodrze i ujmująco jak Andrzej Zawada. A miał się czym dzielić – pięćdziesiąt lat wyczynowego uprawiania alpinizmu, od Tatr po Himalaje, udział w badaniach naukowych w Wietnamie i na Spitsbergenie, połączony oczywiście ze wspinaczką, kierowanie wieloma wyprawami w góry wysokie, wyprawami najczęściej kończącymi się sukcesem – to jeszcze nie wszystko.
Na początku lat sześćdziesiątych Lionel Terray – wybitny alpinista, uczestnik zwycięskiej wyprawy francuskiej na zdobytą jako pierwszy z ośmiotysięczników Annapurnę w roku 1950, zdobywca Makalu w roku 1955 – chyba jako pierwszy dostrzegł konieczność innego podejścia do sportu wspinaczkowego: – Wielki alpinizm, zamknięty w zbyt ciasnych ramach gór europejskich, nie może rozwijać się poprzez rozszerzanie, komplikowanie problemów i skazany jest jedynie na doskonalenie wirtuozerii technicznej. Postęp techniczny, udoskonalenie sprzętu i poprawa metod szkolenia uczyniły działanie wspinacza zbyt niezawodnym. Tutaj, podobnie zresztą jak i gdzie indziej, technika zabija przyrodę. Tym, którzy poszukują możliwości sprawdzenia się w walce z górami, nie pozostaje już nic innego, jak tylko wybierać najtrudniejsze drogi wspinaczki samotnej i zimowej.
Między rokiem 1950 a 1960 zdobyto trzynaście z czternastu ośmiotysięczników. Ostatni, Shisha Pangama, najniższy i najłatwiejszy, tylko ze względów politycznych (leży w Tybecie, niedaleko granicy z Nepalem) pozostawał dziewiczy do roku 1964. Toteż rozważania Terraya, choć odnoszące się przede wszystkim do gór europejskich, wydają się też wskazówką, w jakim kierunku powinien rozwijać się himalaizm. I tak się stało – dzięki Andrzejowi Zawadzie.
W roku 1973 kierował pierwszą polską wyprawą zimową w Hindukusz. Jako pierwszy alpinista na świecie przekroczył wówczas 7000 metrów, zdobywając najwyższy szczyt Hindukuszu, Noszak. Jego partnerem był Tadeusz Piotrowski. Rok później Zawada jest już na Lhotse, w Himalajach. Wigilijną noc spędza z Andrzejem Heinrichem powyżej ośmiu tysięcy metrów. W dzień Bożego Narodzenia osiągają wysokość 8250 metrów. Do szczytu pozostało jeszcze 250. Tej odległości nie zdołali przejść. Mimo to mogą sobie pogratulować – kolejna bariera została pokonana. Polacy jako pierwsi przekroczyli zimą magiczne 8000 metrów (…)
Pisząc o Andrzeju Zawadzie, często myślałam o Wandzie Rutkiewicz. Oboje byli najbardziej znanymi na świecie alpinistami polskimi, jednak z zupełnie odmiennych powodów. Wanda zaginęła, próbując zdobyć swój dziewiąty ośmiotysięcznik w Koronie Himalajów, Andrzej Zawada odszedł po pięćdziesięciu latach działalności górskiej, której efektem było jedenaście wypraw wysokogórskich i trzy naukowe. Sam nie zdobywał ośmiotysięczników, ale stwarzał szansę innym. Nie podważając opinii, że alpinizm jest sportem indywidualistów, udowodnił, że może też być grą zespołową. Wanda wielokrotnie powtarzała, że dla niej w górach liczy się przede wszystkim wspólnota działań, ale jak było w rzeczywistości, mogą najlepiej ocenić ci, którzy brali udział w wyprawach przez nią kierowanych. Zdarzało się, że własne ambicje kazały jej zapominać o innych (…)  Nie wdając się w oceny, można uznać, iż rozgrywała swój mecz indywidualnie. Andrzej Zawada był indywidualnością niezwykłego formatu, jednak nawet jeśli zwyczajnie, po ludzku poniosła go ambicja, potrafił nad tym zapanować.
Andrzej Paczkowski, wieloletni prezes Polskiego Związku Alpinizmu, w maju 2000 roku, kiedy to uroczyście obchodzono dwudziestą rocznicę zdobycia przez polskich alpinistów Mount Everestu, po raz pierwszy zimą, tak podsumował działalność Andrzeja Zawady, znakomicie przy tym i trafnie go charakteryzując:
– Andrzej zawsze coś organizuje. Nie jest w stanie usiedzieć dłużej na jednym miejscu, nie planując czegoś, nie zbierając dookoła ludzi, nie projektując czegoś, co czasami wydawałoby się niemożliwe do spełnienia. Ma nieprawdopodobną siłę przebicia, która wynika z jego uporu i przekonania, że to, co robi, jest ważne nie tylko dla niego, nie tylko dla tych, którzy w tym uczestniczą, ale ważne przede wszystkim dla Polski. Taki jest jego patriotyzm, wyrażający się poprzez góry, wspinanie, organizowanie wypraw.
Patriotyzm to niemodne dziś pojęcie, niewygodne i zbyt zobowiązujące. Powiedzieć o sobie, że jest się patriotą, to narazić się na pobłażliwe lub kpiące uśmieszki. Zawada nie obawiał się śmieszności, otwarcie i głośno mówiąc, że jest patriotą. Robić dla kraju coś, co potrafi się najlepiej – taki sens nadawał swojej działalności górskiej. Józef Nyka, przez wiele lat redaktor naczelny najstarszego polskiego pisma górskiego, „Taternika", bardzo z Zawadą zaprzyjaźniony, tak to określił: – Zatykać biało-czerwoną na niezdobytych szczytach i rozsławiać nasz kraj w świecie – to było główną dewizą sportowej działalności Andrzeja.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego napisałam, przy pomocy jego Przyjaciół, książkę o LIDERZE. Poprosiła mnie o to Anna Milewska, jego żona. Wielce znacząca  to dla mnie prośba. I zobowiązująca.

Dlaczego piszę o Andrzeju Zawadzie? Nie byliśmy zaprzyjaźnieni, nie był nawet moim dobrym znajomym. Zaledwie parę razy udało mi się z nim porozmawiać, ale każda z tych rozmów – poczynając od pierwszej, z czerwca roku 1980, aż po ostatnią, z maja 2000 – poszerzała mą wiedzę o alpinizmie, o ludziach i górach. Mało kto potrafił dzielić się swymi doznaniami z innymi tak szczodrze i ujmująco jak Andrzej Zawada. A miał się czym dzielić – pięćdziesiąt lat wyczynowego uprawiania alpinizmu, od Tatr po Himalaje, udział w badaniach naukowych w Wietnamie i na Spitsbergenie, połączony oczywiście ze wspinaczką, kierowanie wieloma wyprawami w góry wysokie, wyprawami najczęściej kończącymi się sukcesem – to jeszcze nie wszystko.

Na początku lat sześćdziesiątych Lionel Terray – wybitny alpinista, uczestnik zwycięskiej wyprawy francuskiej na zdobytą jako pierwszy z ośmiotysięczników Annapurnę w roku 1950, zdobywca Makalu w roku 1955 – chyba jako pierwszy dostrzegł konieczność innego podejścia do sportu wspinaczkowego: – Wielki alpinizm, zamknięty w zbyt ciasnych ramach gór europejskich, nie może rozwijać się poprzez rozszerzanie, komplikowanie problemów i skazany jest jedynie na doskonalenie wirtuozerii technicznej. Postęp techniczny, udoskonalenie sprzętu i poprawa metod szkolenia uczyniły działanie wspinacza zbyt niezawodnym. Tutaj, podobnie zresztą jak i gdzie indziej, technika zabija przyrodę. Tym, którzy poszukują możliwości sprawdzenia się w walce z górami, nie pozostaje już nic innego, jak tylko wybierać najtrudniejsze drogi wspinaczki samotnej i zimowej.

Między rokiem 1950 a 1960 zdobyto trzynaście z czternastu ośmiotysięczników. Ostatni, Shisha Pangama, najniższy i najłatwiejszy, tylko ze względów politycznych (leży w Tybecie, niedaleko granicy z Nepalem) pozostawał dziewiczy do roku 1964. Toteż rozważania Terraya, choć odnoszące się przede wszystkim do gór europejskich, wydają się też wskazówką, w jakim kierunku powinien rozwijać się himalaizm. I tak się stało – dzięki Andrzejowi Zawadzie.

W roku 1973 kierował pierwszą polską wyprawą zimową w Hindukusz. Jako pierwszy alpinista na świecie przekroczył wówczas 7000 metrów, zdobywając najwyższy szczyt Hindukuszu, Noszak. Jego partnerem był Tadeusz Piotrowski. Rok później Zawada jest już na Lhotse, w Himalajach. Wigilijną noc spędza z Andrzejem Heinrichem powyżej ośmiu tysięcy metrów. W dzień Bożego Narodzenia osiągają wysokość 8250 metrów. Do szczytu pozostało jeszcze 250. Tej odległości nie zdołali przejść. Mimo to mogą sobie pogratulować – kolejna bariera została pokonana. Polacy jako pierwsi przekroczyli zimą magiczne 8000 metrów (…)

Pisząc o Andrzeju Zawadzie, często myślałam o Wandzie Rutkiewicz. Oboje byli najbardziej znanymi na świecie alpinistami polskimi, jednak z zupełnie odmiennych powodów. Wanda zaginęła, próbując zdobyć swój dziewiąty ośmiotysięcznik w Koronie Himalajów, Andrzej Zawada odszedł po pięćdziesięciu latach działalności górskiej, której efektem było jedenaście wypraw wysokogórskich i trzy naukowe. Sam nie zdobywał ośmiotysięczników, ale stwarzał szansę innym. Nie podważając opinii, że alpinizm jest sportem indywidualistów, udowodnił, że może też być grą zespołową. Wanda wielokrotnie powtarzała, że dla niej w górach liczy się przede wszystkim wspólnota działań, ale jak było w rzeczywistości, mogą najlepiej ocenić ci, którzy brali udział w wyprawach przez nią kierowanych. Zdarzało się, że własne ambicje kazały jej zapominać o innych (…)  Nie wdając się w oceny, można uznać, iż rozgrywała swój mecz indywidualnie. Andrzej Zawada był indywidualnością niezwykłego formatu, jednak nawet jeśli zwyczajnie, po ludzku poniosła go ambicja, potrafił nad tym zapanować.

Andrzej Paczkowski, wieloletni prezes Polskiego Związku Alpinizmu, w maju 2000 roku, kiedy to uroczyście obchodzono dwudziestą rocznicę zdobycia przez polskich alpinistów Mount Everestu, po raz pierwszy zimą, tak podsumował działalność Andrzeja Zawady, znakomicie przy tym i trafnie go charakteryzując:

– Andrzej zawsze coś organizuje. Nie jest w stanie usiedzieć dłużej na jednym miejscu, nie planując czegoś, nie zbierając dookoła ludzi, nie projektując czegoś, co czasami wydawałoby się niemożliwe do spełnienia. Ma nieprawdopodobną siłę przebicia, która wynika z jego uporu i przekonania, że to, co robi, jest ważne nie tylko dla niego, nie tylko dla tych, którzy w tym uczestniczą, ale ważne przede wszystkim dla Polski. Taki jest jego patriotyzm, wyrażający się poprzez góry, wspinanie, organizowanie wypraw.

Patriotyzm to niemodne dziś pojęcie, niewygodne i zbyt zobowiązujące. Powiedzieć o sobie, że jest się patriotą, to narazić się na pobłażliwe lub kpiące uśmieszki. Zawada nie obawiał się śmieszności, otwarcie i głośno mówiąc, że jest patriotą. Robić dla kraju coś, co potrafi się najlepiej – taki sens nadawał swojej działalności górskiej. Józef Nyka, przez wiele lat redaktor naczelny najstarszego polskiego pisma górskiego, „Taternika", bardzo z Zawadą zaprzyjaźniony, tak to określił: – Zatykać biało-czerwoną na niezdobytych szczytach i rozsławiać nasz kraj w świecie – to było główną dewizą sportowej działalności Andrzeja.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego napisałam, przy pomocy jego Przyjaciół, książkę o LIDERZE. Poprosiła mnie o to Anna Milewska, jego żona. Wielce znacząca  to dla mnie prośba. I zobowiązująca.

LIDER. GÓRSKIM SZLAKIEM ANDRZEJA ZAWADY. Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 2003