NA JEDNEJ LINIE. Wydanie I

(…)Po 6 godzinach i 15 minutach podchodzenia z Przełęczy Południowej, po pokonaniu 850 metrów różnicy wysokości, staję na wierzchołku Mount Everestu!Jest godzina 13.45, niedziela, 16 października 1978 roku. Nasz czas wejścia jest drugim czasem w dotychczasowej historii zdobywania tego szczytu. Koledzy już zrobili sobie nawzajem zdjęcia z flagami swoich krajów. Żartujemy, że jesteśmy wyżej niż inni zdobywcy Everestu, bo nie widzimy przysypanego wielometrową warstwą śniegu chińskiego triangułu (…)
Jestem na najwyższym szczycie Ziemi, a obok stoją moi partnerzy. Dopiero teraz przychodzi radość. Najpierw gratuluję Mingmie i Ang Dorje – obydwaj weszli na szczyt bez tlenu. Potem całujemy się z Willym, a że zapomnieliśmy zdjąć maski, więc tylko śmiesznie potrącamy się nimi, usiłując objąć się w naszych puchach. Nie poznaję Sigiego, który nagle mówi: – Wprawdzie kłóciliśmy się, ale tutaj nie ma to znaczenia (…)Każdy z nas coś pozostawia na szczycie – tak robili wszyscy jego zdobywcy. Góra jest cierpliwa i przyjmuje wszystko. Tenzing na szczycie zagrzebał herbatniki i suszone owoce jako ofiarę dla swoich bogów, Hillary – krzyżyk, Hans Engl zostawił tu obrazek namalowany przez swoją córeczkę, teraz Sigi – fotografię żony. Ja zostawiam kamyk od Ireny – symbol przyjaźni. Długą przebył drogę – od Skałek, w których stawiałam pierwsze kroki, aż do najwyższego szczytu Ziemi.Moja radość nie jest butna, nie podnoszę rąk do góry gestem brania świata w posiadanie. Jest skierowana do wewnątrz, pełna pokory i wdzięczności. Górę traktowałam jak przeciwnika, bez ciepłych uczuć dla jej piękna i potęgi. Pozwoliła mi zwyciężyć i nie mogę chełpić się zwycięstwem. To tak, jakbym chełpiła się jej łaskawością. Myślę o moich bliskich, o innych ludziach, którzy z tej odległości są mi również bliscy. Podobnie muszą chyba myśleć kosmonauci – Ziemia wydaje się być ich rodzinnym domem, a ludzie jedną rodziną. Codzienność pozostawiona na dole z tej perspektywy wydaje mi się bardzo droga
(…)Do dziś nie opuszcza mnie wspomnienie świetlistości otaczającego krajobrazu. Nie znam jego prawdziwych kolorów, ponieważ na tych wysokościach nie można zdjąć ciemnych okularów, nawet na chwilę, do pamiątkowej fotografii. Zdejmuję tylko maskę i uśmiecham się do aparatu, zapominając  że twarz mam całkowicie zasłoniętą i wełnianą czapką-kominiarką. Na fotografii jestem nierozpoznawalna, jak prawie każdy z 80 zdobywców Everestu (…)
(…)Po 6 godzinach i 15 minutach podchodzenia z Przełęczy Południowej, po pokonaniu 850 metrów różnicy wysokości, staję na wierzchołku Mount Everestu!
 
Wanda Rutkiewicz: NA JEDNEJ LINIE. (Współpraca autorska: Ewa Matuszewska). Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1986.