NA JEDNEJ LINIE. Wydanie III

Pierwsze wydanie Na jednej linie ukazało się w roku 1986, choć do pisania przystąpiłyśmy z Wandą w kilka miesięcy po zdobyciu przez nią 16 października 1978 roku Mount Everestu. Tak długi był wówczas cykl wydawniczy, a i my nie potrafiłyśmy narzucić sobie rygoru, koniecznego przy pisaniu. Trochę tłumaczyły nas okoliczności – przeżyłyśmy stan wojenny, pierwszą wyprawę Wandy na K2, wyrzucenie mnie z redakcji za przynależność do NSZZ „Solidarność” i parę innych wydarzeń, mocno osadzonych w ówczesnych realiach politycznych i społecznych. Trzeba wspomnieć, że wspólne pisanie książki było dla nas obu nowym doświadczeniem, mogącym zakończyć się całkowitą porażką pod każdym względem. Tak się nie stało. Narodziła się przyjaźń, dla mnie, mimo nieobecności Wandy, wciąż stanowiąca istotną wartość.
     Wracam do początków tej przyjaźni, dzięki kolejnemu wydaniu Na jednej linie. Po wielu latach znów rozpoczęłam wędrówkę z Wandą od Gór Sokolich po Himalaje. Opowieść o górach i ludziach gór jest, mimo mojej pomocy, jej własną, pełną autentyzmu opowieścią. Czytelnik może poznać Wandę ze wszystkimi jej zaletami i wadami, czasem małostkową, czasem wielkoduszną, nie pamiętającą uraz, ale też potrafiącą ostro walczyć o swoje. W tej książce nie ma ani jednego słowa, którego by nie zaakceptowała (niekiedy po ostrych dyskusjach). Dlatego  jako głęboko niesprawiedliwe odebrałam zdanie w biogramie Wandy, zamieszczonym w Wielkiej Encyklopedii Tatrzańskiej Zofii i Witolda H. Paryskich. Brzmi ono następująco: „W jej autobiogr. książce Na jednej linie (Wa, 1986) narracja została miejscami wyraźnie wypaczona przez niewłaściwą ingerencję autorską innej osoby”. Widocznie znakomici znawcy Tatr nie znali na tyle dobrze Wandy, by przypuszczać, że ktokolwiek mógł ingerować w jej tekst w jakikolwiek sposób, a zwłaszcza niewłaściwie. Encyklopedia ukazała się w roku 1995, w trzy lata po zaginięciu Wandy, wtedy jakoś nie myślałam o sprostowaniu. Dziś, choć zabrakło głównych bohaterów, czuję wewnętrzną potrzebę wyjaśnienia tej krzywdzącej nas obie sugestii.
Stając na szczycie Mount Everestu, Wanda wyruszyła w swą „Karawanę do marzeń”, choć wtedy o tym jeszcze nie wiedziała, ani też nie myślała. Po Mount Evereście pozostało trzynaście ośmiotysięczników – to musiało pobudzać wyobraźnię. Korona Himalajów mogła stać się celem życiowym, zwłaszcza dla kogoś, kto całe swoje życie podporządkował górom. Od roku 1978 do 1991 Wanda zdobyła: Mount Everest, Nangę Parbat, K2, Shisha Pangmę, Gasherbrum II, Gasherbrum I, Cho Oyu i Annapurnę. Zaginęła przy próbie zdobycia swego dziewiątego ośmiotysięcznika, trzeciego szczytu Ziemi, Kangczendżongi, z 12 na 13 maja 1992 roku. Ale jej śladem poszły inne alpinistki, przekonane że w gronie zdobywców wszystkich ośmiotysięczników mogą się znaleźć również kobiety, co przed Wandą nie było takie oczywiste.
To, co Wanda rozpoczęła, zdobywając Mount Everest, zakończyła Koreanka Oh Eun-sun, 27 kwietnia 2010 roku zdobywając Annapurnę, swój czternasty ośmiotysięcznik. Jednak styl, w jakim osiągnęła Koronę Himalajów, budzi wątpliwości i każe się zastanowić nad takim sposobem obcowania z górami. Po pierwsze, do dziś nie ma oficjalnego potwierdzenia zdobycia przez Koreankę Kangczendżongi w roku 2009. Po drugie, środowisko alpinistyczne ma też zastrzeżenia co do wsparcia udzielanego jej przez profesjonalne ekipy. Towarzyszyli jej liczni Szerpowie, helikoptery, stacje telewizyjne, słowem prawdziwy, komercjalny himalajski show. Dla sponsorów jej wypraw zapewne cel uświęcał środki, wszystko inne było bez znaczenia.
Dla Wandy droga do Korony Himalajów była „Karawaną do marzeń”. Czym stała się dla Oh Eun-sun? Sprawnie funkcjonującą firmą reklamową? Znakomicie przygotowaną i przeprowadzoną akcją, w której ona miała się  t y l k o  wspinać? Nie potrafię odpowiedzieć na te pytania. Właściwie nie chcę na nie odpowiadać. Moje myślenie o alpinizmie ukształtowało się w zamierzchłej epoce, kiedy to ludzie szli w góry z wewnętrznej potrzeby, nie zastanawiając się nad tym, w jakiej kampanii reklamowej będą mogli „sprzedać” wspinaczkowe sukcesy. Dlatego też wracam do czasu zaprzeszłego ze smutkiem – że już minął, ale i z wdzięcznością – że był mi dany.

Wanda Rutkiewicz: NA JEDNEJ LINIE. (Współpraca autorska: Ewa Matuszewska). Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 2010.